Blog > Komentarze do wpisu

Podróże z Herodotem

Ryszard Kapuściński, PODRÓŻE Z HERODOTEM, Czytelnik, Warszawa 2013

To jest książka o tym, jak starożytny badacz i pisarz - Herodot z Halikarnasu stał się nauczycielem i mistrzem Ryszarda Kapuścińskiego. Reporter, wyjeżdżając w swoją pierwszą podróż zagraniczną do Indii, dostał od swojej szefowej w redakcji prezent - "Dzieje" Herodota.

Młody dziennikarz czytał je nieustannie. Kiedy znalazł się w Indiach okazało się, że nie rozumie kompletnie nic. Nie znał angielskiego, nie mówiąc o żadnych językach tutejszych: "Rzucony na głęboką wodę, nie chciałem jednak utonąć. Uznałem, że może mnie uratować tylko język. Zacząłem zastanawiać się, jak Herodot, wędrując po świecie, radził sobie z językami (...). Mając odcięty odwrót, musiałem podjąć rękawicę. Zacząłem dzień i noc wkuwać słówka (...). Pojąłem, że każdy świat ma własną tajemnicę i że dostęp do niej jest tylko na drodze poznania języka. Bez tego świat ów pozostanie dla nas nieprzenikniony i niepojęty, choćbyśmy spędzili w jego wnętrzu całe lata" [s.26-27].

Mamy tu trzy cudne opowieści - o czasach starożytnych i wydarzeniach, które Herodot skrupulatnie opisał, o czasach Kapuścińskiemu współczesnych i wydarzeniach, o których polski reporter wysyłał korespondencję, i wreszcie - ta podoba mi się najbardziej - o uczeniu się dziennikarstwa, o warsztacie - Kapuściński cały czas analizuje, jak pracował Herodot, co myślał, jakie zasady rządzące światem odkrywał: "Człowiek współczesny nie troszczy się o własną pamięć, ponieważ żyje otoczony pamięcią zmagazynowaną. Wszystko ma na wyciągniecie ręki - encyklopedie, podręczniki, słowniki, kompendia. Biblioteki i muzea, antykwariaty i archiwa. taśmy dźwiękowe i filmowe. Internet. (...). W świecie Herodota niemal jedynym depozytariuszem pamięci jest człowiek. Żeby więc dotrzeć do tego, co zapamiętane, trzeba dojść do człowieka (...), wysłuchać, zapamiętać, może zapisać. Tak zaczyna się reportaż, z takiej rodzi się sytuacji" [s. 80-81]. (Dziś zasadniczym depozytariuszem pamięci jest internet, nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby nagle przestał działać).

Kapuściński po Indiach został na krótko oddelegowany do Chin na fali rozkwitania tysiąca kwiatów Mao i odwilży popaździernikowej Gomułki - fala wkrótce opadła i Kapuściński wrócił. Po jakimś czasie wyjechał do Afryki. Nie rozstawał się z Herodotem, czytając go po kilka razy i zadając pytanie, jak pracował Herodot. Bo "po co", to Kapuściński wie: "pragnienie, aby zachować dla innych jak najwięcej z tego, czego się człowiek sam dowiedział i co przeżył, sprawia, że dzieło Greka nie jest prostym zapisem dziejów dynastii, królów i pałacowych intryg, lecz mimo iż wiele pisze o władcach i władzy - mówi nam także o życiu prostych ludzi, o wierzeniach i uprawach, o chorobach i klęskach żywiołowych, o górach, rzekach, roślinach i zwierzętach.. Na przykład - o kotach (...)" [s. 223].

Tego się Ryszard Kapuściński nauczył, bo właśnie takie jest jego pisarstwo - nie tylko ważne wydarzenia, przewroty, rewolucje na Czarnym Lądzie, ale próba zejścia do głębi, do przyczyn, do wszechstronnego zrozumienia świata. Nauczył się też stawiać to istotne pytanie "dlaczego tak się dzieje?".

Być może właśnie dzięki Herodotowi polski korespondent doznał pewnego dnia olśnienia: "Tu, w Algierze, po kilku już latach pracy reportera zacząłem zdawać sobie sprawę, że idę błędną drogą. Była to droga poszukiwania spektakularnych obrazów, złudzenia, że obrazem można wykpić się przed próbą głębszego zrozumienia świata, że można go objaśnić tylko poprzez to, co zechciał nam pokazać w godzinach swoich spazmatycznych konwulsji, kiedy wstrząsają nim strzały i wybuchy, ogarnia płomień i dym (...) Czy nie można przebić się przez ten stereotyp, wyjść poza ten ciąg obrazów, próbować sięgnąć w głąb? (...) szukać tła i sprężyn zamachu, ustalać, co się za nim kryje i co on znaczy, czyli rozmawiać, przyglądać się ludziom i miejscu, a także czytać, słowem - próbować coś zrozumieć" [s. 230-231] I dalej: "Zobaczyłem wtedy Algier jako jedno z najbardziej fascynujących i dramatycznych miejsc świata. Na małej przestrzeni tego pięknego, ale zatłoczonego miasta krzyżowały się dwa wielkie konflikty współczesnego świata: jeden miedzy chrześcijaństwem i islamem (...), i drugi - (...) w łonie samego islamu) - miedzy jego nurtem otwartym, dialogicznym (...) a  tym zamkniętym, zrodzonym z poczucia niepewności (...) nurtem fundamentalistów". Ryszard Kapuściński zauważył to w 1965 r., kiedy w Algierze doszło do wojskowego, bezkrwawego zamachu stanu, po prostu prezydent Bel Bella został zastąpiony wojskowym. Ciekawe.

O Herodocie Kapuściński pisał wprost "wciągał mnie od początku": "Nie ma w nim złości, nie ma nienawiści. Stara się wszystko zrozumieć, dociec, dlaczego ktoś postępuje tak, a nie inaczej. Nie wini człowieka jako osoby, wini system, nie jednostka jest z natury zła, zdeprawowana, nikczemna, zły jest system, w jakim przyszło jej żyć. Dlatego jest żarliwym rzecznikiem wolności i demokracji, i przeciwnikiem despotyzmu, jedynowładztwa i tyranii, gdyż uważa, że tylko w tym pierwszym wypadku człowiek ma szansę zachować się godnie, być sobą, być ludzki" [s. 264-265].

Teraz mam dylemat, czy najpierw zabrać się za biografię Kapuścińskiego, czy za "Dzieje" Herodota?

 

poniedziałek, 28 marca 2016, lala.lu
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
zBLOGowani.pl