Blog > Komentarze do wpisu

Buszujący w zbożu

Jerome David Salinger,  BUSZUJĄCY W ZBOŻU, Poznań 2015

 

Holden opowiada kilka dni ze swojego życia. Ma 16 lat i wyrzucili go z kolejnej szkoły, bo nie zaliczył wszystkich przedmiotów. Wszystkich oprócz angielskiego. Wrócił więc do Nowego Jorku, ale jeszcze nie zdecydował się wejść do domu i włóczy się po mieście.

Ta książka amerykańskiego pisarza, wydana po raz pierwszy w 1951 roku, wywołała skandal, bo młodociany bohater mówi wprost o seksualności. O parkach obściskujących się na tyłach pożyczonych samochodów, o tym, że kiedy dziewczyna prosi, żeby chłopak przestał, on nie jest w stanie się już pohamować i zwykle tak dochodzi do inicjacji. O tym, że można zaprosić dziwkę za 5 dolców od numeru i takie tam. O tym, że chciałby, ale tylko z dziewczyną, którą lubi - z innymi nie, zwłaszcza z idiotkami nie.

Seksualność w latach 50 w Ameryce nie była już tematem tabu - w 1953 r. powstał magazyn "Playboy" i zmiana obyczajowa była już wyraźnie widoczna, a jednocześnie skrywana głęboko pod pościelą. Purytańskie zasady istniały na papierze i... były głoszone w nowym medium - telewizji. Rzeczywistość sobie, a gra pozorów sobie. Ameryka mogłaby dostać w tym czasie złoty medal za pruderię!

I tu pojawia się Holden Caulfield - bohater "Buszującego w zbożu", który cały sobą odczuwa i wyraża bunt wobec schizofrenii, którą ma przed oczami, przeciwko narzucanym przez pruderyjne społeczeństwo regułom, ale i przeciwko wymuszonym schematom nastoletniego buntu - nie, on buntuje się po swojemu, on mówi wprost, że on rzyga na wszystko.

Język tego bohatera to drugi powód do skandalu, jaki wywołała ta książka przy pierwszym wydaniu. Dzisiaj oczywiście już by nie zrobił takiego wrażenia jak ponad 60 lat temu. Ale wtedy tak.

Holdena napawają obrzydzeniem ludzkie zachowania, a jest ich świetnym obserwatorem:

"Nie jestem pewien, jak się nazywa piosenka, którą grał, gdy wszedłem, ale cokolwiek to było, schrzanił ją okropnie. Odwalał popisy w wysokich tonacjach i w ogóle stosował rozmaite tanie chwyty, od których aż zęby bolały. Szkoda jednak, że nie słyszeliście publiczności, kiedy skończył. Niedobrze by się wam zrobiło. Wszyscy po prostu oszaleli. Ci sami kretyni w kinie wyją ze śmiechu z czegoś, co wcale nie jest zabawne. Przysięgam na Boga, że gdybym był pianistą, aktorem czy kimś takim, uznanie takiej bandy idiotów wcale by mi nie pochlebiało. Nie chciałbym, żeby w ogóle mnie oklaskiwali. Ludzie zresztą przeważnie klaskają nie wtedy, kiedy trzeba" [s.123].

Albo to - uważam za genialne:

"Najbardziej powaliło mnie to, że pani siedząca obok mnie pochlipywała przez cały film, od początku do końca. Im głupsza była jakaś scena, tym bardziej paniusia płakała. Można by pomyśleć, że tak się wzruszyła, bo miała czułe serce, ale siedziałem obok niej i wiedziałem, że żadne takie. Była z małym bachorem, który nudził się jak mops i musiał koniecznie do ubikacji, a ona nie chciała go tam zaprowadzić. Powtarzała tylko, żeby był cicho i siedział grzecznie. Serce to ona miała czułe jak wilk. Gdy tak się przyjrzeć tym wszystkim, którzy wypłakują sobie oczy na szmirowatych filmach, okazałoby się, że dziewięć na dziesięć z nich to potwory. Wcale nie żartuję" [s.202].

Ten fragment też jest boski:

"Potem przedstawiła mnie wilkowi morskiemu. Był porucznikiem i nazywał się Blop czy jakoś tak. zaliczał się to tych facetów, którzy sądzą, że wyjdą na mięczaka, jeśli podczas podawania ręki nie zmiażdżą ci wszystkich palców. O rany, jak ja tego nie cierpię (...). Na pożegnanie powiedzieliśmy sobie z porucznikiem, że miło nam było poznać się nawzajem. To mnie zawsze dobija. Tak się składa, że ilekroć mówię komuś, że przyjemni mi było go poznać, to wcale przyjemnie mi nie jest. Ale jeśli chcesz przetrwać w tej dżungli, musisz wstawiać taki kit" [s.127-128].

Jerome David Salinger (1919-2010)

Ojciec Salingera nie popierał aktorskich czy pisarskich talentów syna, wysłał do do Europy, a konkretnie do Wiednia i do Polski, gdzie kazał mu zapoznawać się z przemysłem mięsnym. Salinger praktykował w rzeźni w Bydgoszczy:

W wieku osiemnastu, dziewiętnastu lat, rok przesiedziałem w Europie... większość czasu w Wiedniu, choć musiałem też terminować w przetwórni szynek w Polsce... Ostatecznie na parę miesięcy wylądowałem w Bydgoszczy, gdzie mordowałem świnie i pchałem lory przez śnieg w towarzystwie grubego majstra, który nieustannie zabawiał mnie strzelaniem ze swej śrutówki do wróbli, do żarówek i do kolegów z pracy.

Niezłe, nie?



czwartek, 27 października 2016, lala.lu
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2016/11/02 09:09:17
Uwielbiam tę książkę!
:-)
-
2016/11/04 11:48:22
Ja też :)
-
2016/11/04 11:51:02
Moja siostra mi powiedziała, że to ulubiona lektura psychopatów (pewnie się "Milczenia owiec" naoglądała :)
zBLOGowani.pl