RSS
środa, 06 września 2017

To ja się lekko pochwalę moją witrynkę z porcelaną. Bo właściwie stoję w zachwycie. Akurat wczoraj nadeszły stojaczki na patery i mogłam co nieco poukładać.

To piękny mebel z przełomu XIX i XX wieku - w stylu regencji z trendem chippendale - elegancki, lekki, o miękkich opływowych liniach, mahoniowy. Mamy na porcelanowym forum dyskusję, czy mebel jest francuski czy angielski - no spoko. Miałam kilka witrynek na oku, nie mogłam się zdecydować i poprosiłam o zdanie osobę, której gust bardzo cenię.

Oczywiście zamieszkały w niej moje Sorauki, czyli porcelana produkowana przez fabrykę Castensa w Sorau (Żarach) – zbombardowaną niestety w 1945 r.

Na dolnej półce pyszni się serwis Astoria. Pojedynczy talerzyk albo filiżanka Astorii nie zwracają uwagi, stoją z tyłu - niczym gorsze siostry - za formami Kavalier Sorau, gdzie każde trio wygląda jak udzielna królowa. Co innego jednak, gdy mamy do czynienia z całym serwisem... Wdzięk ukryty w prostocie kształtów i skromności zdobienia jest wprost uderzający.

Nieco wyżej usytuowały się tria art deco z wymyślnymi uszkami i maleńka rozkoszna bombonierka art deco oraz w tle żardiniera i wazonik:

oraz formy neobarokowe, a zwłaszcza kwiecista bomboniera z uchwytem na wieczku w kształcie pączka róży i starą sygnaturą Ostmark oraz prześliczna żardiniera:

Powyżej neobarokowe rozpoznawalne kwiatki i mimozy:

Zaś na najwyższej półce moja ulubiona kolekcja - seledynowa z piwoniami:

Witrynka jest wąska. Czekałam na nią od maja. Przyjechała, ustawiłam i... nie mam, gdzie umieścić reszty. Tam mogę powkładać jeszcze dzbanuszki, ale nic poza tym - kilka pater i zestawów śniadaniowych poczuło się odrzuconych i płaczą w szufladzie. Upłynie dużo czasu, zanim dokupię kolejny mebel (jakieś nowe skrzydło domu by się przydało).



poniedziałek, 04 września 2017

Mały wypadzik w Karkonosze. A jakże! Taki na jedną niedzielę:

1) czerwonym szlakiem do Wodospadu Kamieńczyka;

2) przez Schronisko na Hali Szrenickiej (kalafiorowa i pierogi) na Szrenicę;


3) dalej czerwonym szlakiem do Łabskiego Szczytu;
4) odbicie pół kilometra żółtym do źródeł Łaby;


5) Śnieżne Kotły całe we mgle i mrożącym wietrze (kto zabronił zabrać rękawiczek jak zwykle?);
6) miało być lekko inaczej, ale się zagadało i poszło za daleko, więc skręt na niebieski szlak na Pod Wielkim Szyszakiem;
7) a następnie obżeranie się jagodami i zbieranie prawdziwków (ale tylko tych, co rosły pod nogami) na czerwono-niebieskim szlaku;

8) czerwonym do Schroniska Pod Łabskim Szczytem na najlepszy bigos na świecie (często pewne potrawy wydają się najlepsze na świecie, bo nam język ucieka w cztery litery);
9) żółtym do Starej Drogi;
10) zielonym z powrotem do Kamieńczyka i w dół do Szklarskiej.


Razem 26 km i 8 godzin.


piątek, 01 września 2017

Home sweet home.

Kilka obrazów już wisi, a to bardzo przyjemne doznanie. 🌼 Swoją ścianę ma kolekcja prac wrocławskiej artystki - Elżbieta Wodała . Florotypie są wykonane z części zasuszonych roślin, które tworzą piękne, pełne delikatności kompozycje. Mam tylko oryginały. Porywają mnie niezmiennie i nie obraziłabym się za kolejne 😊.

 

🌼 Wisi jedna z moich ulubionych grafik - tyle że nie znam autora. Pisałam pracę magisterską o modelu Don Kichota i Sanczo Pansy w literaturze współczesnej i zachwyciłam się tą grafiką, która - choć nosi tytuł "Jeźdźcy" - jakoś mi przypominała. Moja ówczesna sympatia podarowała mi ją na urodziny. I lubię do tej pory. 🌼

 

Wisi też obraz Mayera, współczesnego malarza - kupiłam sobie 4 lata temu, bo podobała mi się taka kolorowa plama. Jest pozytywna 🌼


W oprawie dwie akwarele mojego ulubionego artysty i kolegi oraz trzy mezzotinty.

😊 W kuchni na ścianie mosiężny otwieracz do butelek - wyrób lwowski przedwojenny. Widzimy dekoracyjny zestaw porcelanowy Regal i holenderskie posrebrzane puszki z tłoczoną płaskorzeźbą.

Bułeczki z nawłocią.

Moja kochana kolekcja kamieni i minerałów dostała swoje miejsce w nowym domku - a nawet swoją komódkę

Na spodku tygrysie  bawole oczy zaś kaczki to płaskorzeźba z alabastru (przywieziona z Egiptu).

Chryzoprazy na komódce.

Szafę na ubrania już mam - od wczoraj, ale zanim ją miałam, i zanim miałam pralkę i lodówkę - miałam rozpakowaną bibliotekę  💗 - no bo są jakieś priorytety.

Koty pomagały układać:

Ifun też pomagał

Jestem zarobiona. Do ogrodu jeszcze nawet nie wyszłam. Oczywiście łatam masę usterek. Przeważnie nic nie mam, bo zostawiłam panu byłemu mężowi. No ale jest spoko.

 

Zapisz

Tagi: dom
16:23, lala.lu
Link Komentarze (8) »
wtorek, 29 sierpnia 2017

"Król olch" to przejmująca ballada Goethego o nadprzyrodzonej istocie, która pojawia się w chwili śmierci i ciągnie na drugą stronę. I wabi. I niczyje racjonalne widzenie świata nie zdziała tu już nic.

Film Kuby Czekaja pt. "Królewicz olch" z 2016 roku nawiązuje do tego romantycznego motywu chyba nawet zbyt bezpośrednio, nieustannie słyszymy tekst ballady albo piosenkę Oberschlesien. W każdym razie nastoletni geniusz (z fizyki) jest pod ogromnym wpływem swojej matki - toksycznej, nieposkładanej, apodyktycznej, patologicznej, mającej długi... Chciałby się nawet wyzwolić, ale nie ma szans - nie żyje własnym życiem, nie ma prawa do swoich decyzji i do wyborów. Ma się uczyć. Ma eksperymentować. Ma zdobyć nagrodę jakiegoś towarzystwa fizycznego (dodajmy... nagrodę pieniężną, co w kontekście ciągle dzwoniących telefonów z banku ma swoje znaczenie dla matki). W pewnym momencie pojawia się ojciec... no... dziwny trochę, ale głos ma przyjemny i ciepły, taki wręcz uspokajający. A dalej jest już jak w balladzie Goethego.

Agnieszka Podsiadlik jako matka - kapitalna! Najlepsza rola w tym filmie.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

11.08.2017 r.

Bladym świtem opuściłyśmy gościnny zamek i ruszyłyśmy przez wsie Kałków i Łąki, a następnie pagórkowate pola. Słońce przebijało się przez chmury, spod nóg wyskakiwały skowronki lub ślimaki winniczki, a żurawie gapiły się z oddali. I byłaby to sielanka, gdy nie brak oznaczeń na szlaku. Krążyłyśmy błędnie po ścierniskach ku uciesze okolicznych rolników na traktorach - ci też krążyli, ale przynajmniej wiedzieli po co.


Doszłyśmy do wsi Jarnołtów, lekko spanikowane, że nie zdążymy.

Byłyśmy bowiem u m ó w i o n e.


Wczoraj w Ujeźdźciu jeden pan był uprzejmy podwieźć nas do sołtysa, którego dom leżał daleko poza szlakiem, i pochwalił się, że jutro jedzie do Wrocławia. My też 😊. Stanęło na tym, że dzisiaj przeszłyśmy symboliczne 10 km i pan odbierze z Jarnołtowa. I kto jest dzieckiem szczęścia?

Tak zakończyła się nasza druga odsłona przejścia Głównym Szlakiem Sudeckim na 387 kilometrze. Do końca zostało nam 57 km, czyli niecałe dwa dni. Załatwimy to spektakularnie. Tymczasem zobowiązania towarzyskie wezwały nas do domów.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 112
Tagi
zBLOGowani.pl