RSS
czwartek, 30 stycznia 2014

tak się uśmiałam, że muszę tu zacytować:

 

23:27, lala.lu
Link Komentarze (11) »

jubileuszowej wyjątkowej osobistości.

Było to 90-lecie urodzin i 70-lecie pracy. Pan wciąż pracuje zawodowo, prowadzi samochód (choć nie w zimie), charakteryzuje go pogoda ducha i humor... wiele można by wymieniać...

Czy tacy się jeszcze rodzą, czy patrzę na wymierający gatunek?

23:25, lala.lu
Link Komentarze (6) »
niedziela, 26 stycznia 2014

W zeszłym semestrze spóźniłam się po dzieci do świetlicy cztery razy, może pięć, ale to już maks. Spóźniłam się, ponieważ do mojej wiochy jest fatalny dojazd - brak obwodnicy i wąskie gardło w dzielnicy miasta, przez którą przejeżdżam, a samochodów coraz więcej, bo się dzielnica rozwija. Bez korka jadę 20 minut, a z korkiem albo 40 albo nawet 1,5 godziny - nie ma reguły.

W zeszłym tygodniu spadł zamarznięty deszcz i na drodze zrobiło się lodowisko, wszyscy jechali po 20 na godzinę. Dostałam taki opierdol od świetliczanki, że mnie kompletnie zatkało. Faktycznie, spóźniłam się kwadrans. Wysiadłam z samochodu z uniżonym uśmiechem i przeprosinami, ale pani nawet nie dała mi rozpocząć posypywania głowy popiołem. Usłyszałam, że jestem nieodpowiedzialna, że nie szanuję ludzi, że żal jej moich dzieci etc. Wypowiedziałam w trakcie długiej tyrady tylko jedno zdanie: "Proszę do mnie nie krzyczeć, bo nie ma pani przed sobą ani ucznia, ani swojej rodziny".

Pech chciał, że dokładnie tydzień później znów się spóźniłam. Tym razem warunki były raczej znośne, ale jednak tkwiłam w nieuzasadnionym korku ponad miarę. Zadzwoniłam, żeby poinformować, że się spóźnię. Trafiłam na tę samą babę, której - jak mi Ala powiedziała - nie lubi żadne dziecko w szkole. Stwierdziła, że ona pójdzie do pani dyrektor.

Przyjechałam, spóźniona o 25 min. To dużo, ale jechałam te 15 km ponad godzinę. Udałam się na rozmowę do pani dyrektor. I była to rozmowa zadziwiająca:

1) Mam się nie spóźniać, bo nikt sobie tego nie życzy w tej szkole, a też nikogo nie obchodzi, czy mam jak dojechać, czy nie mam. A cztery spóźnienia w minionym półroczu i dwa w obecnym, to BARDZO często;

2) Mogę wynająć opiekunkę do dzieci, dlaczego nie wpadłam na taki prosty pomysł. (Ach, Watsonie, odbieram dzieci raz w tygodniu i żadna pani nie zechce angażować się raz w tygodniu na godzinę, żeby zarobić maksymalnie trzy dychy, już to przerobiłam);

3) Powinnam się zastanowić, czy mi się opłaca psuć sobie stosunki ze szkołą, skoro moje dzieci jeszcze przez kilka lat tu pochodzą...

I przy punkcie trzecim moja cierpliwość się wyczerpała.

Odpowiedziałam, że nie radzę ani pani dyrektor tej szkoły, ani żadnemu z nauczycieli odgrywać się na moich dzieciach, bo pięciu sekund nie będę się zastanawiać i przeniosę córki do innej szkoły, np. takiej w pobliżu mojej pracy. Jest niż i szkoły zabiegają o każdego ucznia, czy więc warto doprowadzić do straty dwóch naraz? Załatwiam dla tej szkoły masę rzeczy, wykorzystując swoje miejsce pracy, korzysta kilka razy w roku około setki uczniów. Czy więc warto psuć sobie stosunki z rodzicem, zamiast wykorzystywać jego możliwości?

Szkoła nic nie ma. Nie ma dobrze wyposażonych sal, rzutników multimedialnych, nowoczesnych komputerów, informatyki z prawdziwego zdarzenia, programu Sokrates Commenius, ani innych ciekawych programów, nie bierze udziału w żadnych projektach (bo trzeba umieć napisać i rozliczyć), w szkole nie dzieje się nic twórczego (nie mówię tu o kółku plastycznym albo judo). Nie ma nic z rzeczy nowoczesnych. Cedząc jej to wszystko, zapytałam panią dyrektor, czy uważa, że będę chciała jeszcze kiedykolwiek kiwnąć palcem. Nie, nie będę chciała.

Obie zakończyłyśmy rozmowę z pełnym przekonaniem, że tej drugiej stronie w dupie się poprzewracało.

Przeniosłabym córki już dziś, tak mnie sytuacja wkurzyła. Jedyny problem, jaki mam, to fakt, że moje córy się pozaprzyjaźniały i chciałabym, żeby uczyły się nawiązywać trwałe relacje, a przeprowadzka do innej szkoły nie będzie sprzyjać. Mam pół roku, żeby temat jakoś ogarnąć.

sobota, 25 stycznia 2014

Ostatnio zaniedbałam bloga, bo wciągnęłam się w rozrywkę nadzwyczaj czasożerną - w gierkę Pyramid Valley na fejsie.

Układa się tam trzy osiedla egipskie oraz buduje piramidę. Moje jest jedno miasto, Dominia ma świątynię Horusa i wioskę wokół nad rzeką, a Ala świątynię Anubisa i też wioskę wśród skał. 

Pierwszy plus jest taki, że obie panny grzecznie odrabiają lekcje i czytają lektury, a nawet trochę sprzątają, żebym tylko pozwoliła posiedzieć na kompie i pobawić się w te wioski. Drugi jest taki, że Ala przestała się interesować Movistarplanet, gdzie dzieci mają swoje awatary - gwiazdy filmowe i mogą ze sobą rozmawiać. Zawsze w tym uczestniczyłam, żeby kontrolować, co młoda tam wyrabia i w razie czego pomóc, no i raz się zdarzyło, że została słownie zaatakowana przez postać dziewczęcą. Atak miał podtekst seksualny, więc natychmiast zablokowałam i zgłosiłam do tamtejszego admina. Gierka na fejsie jest dużo bezpieczniejsza pod tym względem, bo w zasadzie nie ma kontaktu. Trzeci i ostatni plus jest taki, że wszystko jest po angielsku i dziewczyny rad nie rad muszą wciągać angielskie słówka. Minusów jest więcej, więc już sobie daruję.

Poza tym dość mnie to luzuje.

Tak wygląda moje miasto:

No wiem, stara i durna jestem.

 

23:34, lala.lu
Link Komentarze (4) »
środa, 15 stycznia 2014

Dominia w akcji - scenarzystka, reżyserka, montażystka i aktorka.

(Scena finałowa jest wprost dramatyczna)

 


Tagi: dzieci
12:17, lala.lu
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2 , 3
Tagi
zBLOGowani.pl