RSS
poniedziałek, 29 lutego 2016

Terry Pratchett, Równoumagicznienie, Pruszyński i S-ka, 2011

Terry Pratchett, Mort, Pruszyński i S-ka, 2012

Czy mogłam nie przeczytać dwóch kolejnych części o świecie Dysku? Nie mogłam. Były piękne. Pierwsza - "Równoumagicznienie" jest oczywiście o równouprawnieniu mężczyzn i kobiet, a właściwie o tym, że go nie ma ze względów oczywistych, ale niezrozumiałych. No bo dlaczego kobieta nie może zostać magiem?

Najlepiej rozważać ten problem, czyniąc bohaterką ośmioletnią dziewczynkę - nic bowiem nie wprawia świata w większe zakłopotanie niż żelazna logika dziecka i jego natrętne pytanie "dlaczego". Małej Esk, która podróżuje do Niewidzialnego Uniwersytetu różne sztuczki magiczne jakoś się udają, nic dziwnego:"Doskonale wiadomo, że istotnym warunkiem sukcesu jest brak wiedzy o niemożliwości tego, co człowiek próbuje osiągnąć" [str. 92].

Zaś poprzez wypowiedzi starego maga, który rozmawia z dziewczynką, ukazuje się zauważalny i dziś pobłażająco-pogardliwy stosunek do kobiet. Czytamy: 

"Uważam, że czarownictwo to piękny zawód... dla kobiety. Szlachetne powołanie (...). Niezwykle użyteczne w regionach wiejskich, dla ludzi, którzy... rodzą dzieci i tak dalej. Tym niemniej czarownice nie są magami. Czarownictwo to sposób, w jaki Natura otwiera kobietom dostęp do magicznych oddziaływań. Musisz wszakże pamiętać, że to nie jest wyższa magia [str. 105] i dalej o kobietach: "Ale czasami zakłócają spokój. Za łatwo się podniecają. Wyższa magia wymaga nadzwyczajnej jasności umysłu, a talenty kobiet nie prowadzą ich w tym kierunku. Ich mózgi się przegrzewają" [s. 106]. Taa...

Druga książka, czyli czwarta część, pt. "Mort", też była kapitalna. O tym, że Śmierć chciał (bo w świecie Dysku to ON, a nie ONA) odpocząć, a może nawet zmienić profesję. I znalazł sobie czeladnika. Scedował na niego zadania, a sam poszedł w tango. Tylko że czeladnik narozrabiał, kierując się współczuciem i porywem serca. Ostatecznie Śmierć musiał wszystko naprawić i okazał się sentymentalny. Smaczna opowieść.

Ryszard Kapuściński, Heban, Czytelnik, Warszawa 2007

Przeczytałam ten cudowny "Heban" po raz trzeci, ale wiem, że mogą zdarzyć się następne razy. Ta książka określa, czym jest właściwy, czyli wysoki poziom dziennikarstwa, które powinno być głębokie, wnikliwe, nie tylko przedstawiające obraz rzeczy, ale z poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje. I bez pretensji do wszechwiedzy.

Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, czy jakiś inny współczesny Europejczyk rozumiał Afrykę lepiej niż Kapuściński.

Na przykład takie spostrzeżenie:

"Problem Afryki to sprzeczność między człowiekiem a środowiskiem, między ogromem przestrzeni afrykańskiej (ponad trzydzieści milionów kilometrów kwadratowych!) a bezbronnym, bosonogim, ubogim człowiekiem - jej mieszkańcem. W która stronę obrócić się - wszędzie daleko, wszędzie pustkowie, bezludzie, bezkres. trzeba było iść setki, tysiące kilometrów, żeby spotkać innych ludzi (nie można powiedzieć - innego człowieka, ponieważ pojedynczy człowiek nie mógłby w tamtych warunkach przeżyć). Żadna informacja, wiedza, zdobycze techniki, dobra, towary, doświadczenia innych - nie przenikały, nie znajdowały drogi. Nie istniała wymiana jako forma uczestniczenia w kulturze światowej. Jeżeli pojawiała się, to wyłącznie jako przypadek, wydarzenie, święto. A bez wymiany nie ma postępu" [str. 23].

Ryszarda Kapuścińskiego wszystko ciekawiło, wszędzie jeździł, wszystko chciał przeżyć na własnej skórze, odczuć, zobaczyć na własne oczy, dotknąć. Choćby to była wędrówka z koczownikami przez piekło Sahary albo mieszkanie w zatęchłym zaułku i znoszenie systematycznego okradania. Tak idąc od szczegółu do ogółu, pisarz formułuje rudimenta:

"Świat przeciętnego Afrykanina jest inny - to świat ubogi, najprostszy, elementarny, zredukowany do kilku przedmiotów - jednej koszuli, jednej miski, garści ziarna, łyka wody. jego bogactwo i różnorodność wyrażają się nie w postaci materialnej, rzeczowej, dotykalnej i widocznej, ale w tych symbolicznych wartościach i znaczeniach, jakie przydaje on rzeczom najzwyklejszym (...)" [str. 336].

Bardzo poruszający tym razem okazał się dla mnie fragment, gdy Kapuściński się rozchorował - po malarii dostał gruźlicy, i nie stać go było na szpital. Powinien wracać do Polski, a poszedł do lekarza i powiedział, że jak wróci, to już nigdy więcej nie wyjedzie, że to nie tylko jego osobista szansa, ale tego państwa zza żelaznej kurtyny, które pierwszy raz ma swojego korespondenta w Afryce, wielkim wysiłkiem. Leczył się w szpitalu dla biedoty. Na szczęście z dobrym skutkiem.

Coś następnego z pewnością wezmę do ręki.

 

wtorek, 23 lutego 2016

Przychodzi córka i mówi:
- Mamo, zobacz, czy nie mam za gorącego czoła.
Odpowiadam, nie dotykając:
- Nie masz. Przykładanie czoła do grzejnika nic Ci nie da.
- Skąd wiedziałaś?!!
- Jestem Twoją mamą, wiem wszystko.

Zaglądam do komórki a tam... 50 selfie mojego młodszego dziecka + 50 zdjęć kota + 50 zdjęć papugi...

Chciałam na godzinkę wyskoczyć do ogrodu. Co chwilę otwierało się okno: Mamooo! Mamooo!

W poniedziałek zostałam z dwiema nieobłożnie chorymi na jelitówkę w domu. Po takim dniu wiem, dlaczego lubię chodzić do pracy.

Tagi: dzieci
10:56, lala.lu
Link Komentarze (3) »

21 lutego, w niedzielę, na Szczelińcu (919 m. n.p.m.).

Karłów w Kotlinie Kłodzkiej. Na tarasy widokowe można było wejść, ale dalsza droga, przez te cudowne piekiełka, była zamknięta - za dużo topniejącego śniegu.

Nie lubię łazić po górach zimą, ale koleżanka mnie zmotywowała. Na trasie spotkałyśmy z 20 turystów, w cieplejsze dni bywa dużo, dużo więcej.

Dobre buty i małe raki turystyczne były miejscami niezbędne.

To drzewo rośnie przed schroniskiem. Za nim zwykle rozciąga się piękna panorama doliny. Tym razem podziwiałyśmy nieprzeniknioną mgłę.

Bardzo przyjemne schronisko (widzimy to samo drzewo, tylko z drugiej strony).

Na płaskim szczycie znajdują się dwa tarasy widokowe. Stoję na jednym z nich.

Tu już wracamy ta samą drogą. To, co najciekawsze, czyli przeciskanie się przez szczeliny skalne, było zamknięte, ale tam śnieg potrafi leżeć do końca kwietnia.

Sezon wędrówek górskich uważam za rozpoczęty.

wtorek, 16 lutego 2016

Czy wspominałam, że papuga się drze? Dysponuje wysokim C.

Przypatrywałyśmy się wczoraj papudze, a papuga nam. Już przy nas jadła, czyściła pióra i łaziła po klatce. Ma na imię Kajetan.

Kot modlił się do papugi z lewej i z prawej strony, ale nic nie wskórał. Papuga nie traci zimnej krwi.

No i zaczęłyśmy sezon w ogrodzie od bielenia drzew wapnem.

 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl