RSS
sobota, 30 listopada 2013

Oddałam płaszcz do czyszczenia. Nowy, tylko że upadł w szatni i trochę się przybrudził. Niestety, zgubiłam, a właściwie niechcący wyrzuciłam wraz z innymi papierkami z torebki kwit do pralni. Przychodzę i mówię, że nie mam kwitka, ale płaszcz wyglądał tak i tak, zamówiłam to i to, zapłaciłam kartą. Kazali mi się pojawić za dwa dni, więc przychodzę, a baba mi mówi wprost, że płaszcz nie został znaleziony, bo pewnie ktoś przyszedł z moim kwitkiem i płaszcz odebrał. Wkurzyłam się straszliwie, ale opanowałam się i powiedziałam, że to niemożliwe, bo kwitu nie zgubiłam, tylko wyrzuciłam do śmieci w pracy, że mają mój płaszcz znaleźć i nie radzę, aby któraś z pań go sobie przywłaszczyła. Baba nic nie powiedziała, tylko podała mi numer telefonu, żebym zadzwoniła jutro.

To że niechcący wywaliłam ten kwit, to oczywiście moja wina i bezmyślność, ale okłamywanie mnie w żywe oczy, że płaszcza nie ma na stanie, to zwyczajnie kradzież. Trzęsę się ze złości. Takie rzeczy to tylko w tym kraju. 

20:07, lala.lu
Link Komentarze (9) »
środa, 27 listopada 2013

Nie mogłam znaleźć jakiś ważnych dokumentów, które powinny być w szufladzie, a nie były. Zaczęłam więc wyciągać wszystko z biurka -

- a w tym miejscu należy wyjaśnić, że nie jest to zwykły mebel, tylko wielgachne dębowe biurko z okresu międzywojennego, choć o dość prostym designie. Ma po bokach dwie komory przedzielone półkami i jedną szufladę po środku. Jednakże zmieściła się tam masakryczna liczba segregatorów, wypchanych teczek i koszulek - materiały z moich studiów, z którymi nie mogłam się rozstać, choć mają już 15 lat, zbierane i segregowane pieczołowicie wszelakie rachunki z okresu też mniej więcej 15 lat, ponadto badania lekarskie, wszystkie dokumenty skarbowe, spadkowe i sądowe, wszelkie wyciągi z zusów i poświadczenia kariery zawodowej, wszelkie dokumenty związane z remontem domu. Że też nie wspomnę o licznych dyskietkach i kasetach VS (ciekawe czy są jeszcze do otwarcia w ogóle), trochę różnego rodzaju kabli i niezliczona ilość kluczy (skąd te klucze!). W każdym razie z biurka zostało uprzątniętych i posegregowanych do wyrzucenia śmieci, które z ledwościa zmieściły się w dwóch dużych torbach z Castoramy.

Ważnych dokumentów nie znalazłam, więc zabrałam się za sprzątanie w kredensie -

- a nie jest to zwykły kredens, tylko wielki, brzuchaty, dębowy, też z dzwudziestolecia. Bosz... co tam było! Oprócz książek, obrazów, segregatorów z konspektami lekcji na każdą epokę historyczna i literacką...

Znalazłam trzy listy, od trzech różnych mężczyzn, którzy w jakiś sposób byli mi bliscy, napisane w różnych okresach. Przeczytałam. Wydały mi się śmieszne, a właściwie żałosne z perspektywy czasu - zostały podarte w drobny mak i wyrzucone.

Znalazłam swój pamiętnik, pisany od września 1999 roku do grudnia 2001 r. Dość szczegółowy. Pamiętam ten okres jako niezbyt udany w moim życiu, działo sie dużo nieprzyjemnych rzeczy. Dziś, nie zastanawiając się, spakowałabym manatki i wylądowała w Anglii albo w Australii, ale to nie były te czasy. Kiedy przejrzałam swoje zapiski... o matko! Ileż ja czytałam książek! Nieustannie czytałam i zapisywałam refleksje z lektur. Cały czas narzekałam, że nie mam czasu na pisanie - a jednak pisałam: dwie, trzy strony dziennie. W tym czasie powstały dwie wielkie prace. Tę drugą ukończyłam w 2003 r. Zasypiałam o 4.00 a wstawałam o 7.00-8.00. Brałam udział w masie jakiś przedsięwzięć, np. w jakis nocnych programach radiowych. Jak to w ogóle możliwe? Inna dająca się zauważyć sprawa - otaczali mnie mężczyźni, a kobiety nie. Koleżanek jakoś nie miałam, a kolegów owszem.

Pamiętnika nie wyrzuciłam. Nie wydał mi się głupi w przeciwieństwie do tych listów, ale jednak zdumiewający.

Znalazłam jeszcze swoje zdjęcia legitymacyjne od 4 klasy szkoły podstawowej. Wygladam na tych najstarszych jak swoja własna córka. Pokazałam Młodszej i zapytałam, gdzie wygladam najładniej, pokazał zdjęcie 18-latki i powiedziała: Tu wygladasz jak modelka. Tak to drzewiej bywało i minęło bezpowrotnie.

Dokumenty znalazłam na regale w drugim pokoju. Jedną rzecz muszę odszukać. Mam jeszcze wielka starą szafę do przejrzenia. Więc jest nadzieja.

 

16:12, lala.lu
Link Komentarze (8) »
niedziela, 24 listopada 2013

Pan Mąż z ciężkim sercem wypożyczył mi "na miejscu" swojego małego notebooka i co chwilę pyta, kiedy skończę - nawet na bloxie nie mogę spokojnie poszusować. "Na miejscu" oznacza, żeby mi nawet nie przyszło do głowy zabrać mężowskiego laptopika do pracy. 

Mój jest zepsuty i w naprawie. Nie spodziewam się go w tym tygodniu, a gazeta musi powstać. Cierpię.

W sobotę pojechałam z młodą na Uniwersytet Dzieci. Miała zajęcia w zajezdni tramwajowej, pan pokazywał jak to wszystko działa... ja tam miałam tylko negatywne skojarzenia po ostatniej stłuczce. Wieczorem mogłam się zająć redagowaniem, więc się zajęłam, tak mniej więcej do 2 w nocy. Rano w niedzielę ból gardła i wszystkiego odebrał mi motywację, na szczęście teściowie zabrali młode do kina i do siebie. Nafaszerowałam się kromkami z czosnkiem i popiłam nalewką z kasztana - polepszyło się. W południe zjedliśmy obiad i usiadłam do kompa - przerobiłam wszystko, co zrobiłam wczoraj, bo mi się nie podobało. I siedzę tak do tej pory, bo jutro chcę przekazać do łamania materiał. Jest go bardzo dużo, ale jeszcze niewystarczająco dopracowany.

Na drugim planie mózgu - można przecież myśleć jednocześnie o dwóch rzeczach - analizuję pewien dobry pomysł. Naprawdę dobry, ale gigantyczny - samo przemyślenie i opracowanie szczegółowego planu realizacji jest już wyzwaniem, muszę też zrobić kosztorys i zmontować grupę wykonawczą. A później, droga Unio...

Gra w tajemnice - ten wątek dedykuję Seuleries

Wczoraj dowiedziałam się, jako pierwsza i jedyna w rodzinie, że moja siostra jest w ciąży - moja dziewięcioletnia chrześnica będzie więc miała rodzeństwo. Na razie wiem tylko ja i sprawcy - no i teraz Wy. 

20:41, lala.lu
Link Komentarze (9) »
sobota, 23 listopada 2013

- Wiesz co, coś temu kotu urosło pod ogonem, jakaś narośl, może ma raka - mówi zatroskany Pan Mąż.

- Zaraz zobaczę, choć tu Rubensik - oglądam kota z każdej strony, ale nic niepokojącego nie znajduję.

- Tam niżej, pod ogonem. Takie duże, szare.

- Masz na myśli to? - pokazuję "narośl".

- Tak, właśnie to.

- To są kocie jajka.

- Co? Jajka? Takie duuże?!

 

Dzisiaj musiało się wydarzyć się to, co niestety czasem mi się wydarza. Zabrakło mi paliwa jakieś pół kilometra od stacji, co generalnie było do przewidzenia, ale uparcie jeździła na oparach. Maniana. Wysiadłyśmy z Młodszą, wyjęłam z bagażnika przygotowaną na tę okoliczność butelkę, zatrzymałyśmy stopa, podjechałyśmy, zakupiłyśmy, co trzeba, wróciłyśmy, wlałam dwa litry specjalnym i posiadanym w bagażniku lejkiem z rurką, i pojechałyśmy dalej. Nawet się nie zdenerwowałam - jeśli czegoś nie możesz w sobie zmienić, polub to.

 

Tagi: kot
15:46, lala.lu
Link Komentarze (18) »
piątek, 22 listopada 2013

Z Biblioteki Narodowej, gdzie mieliśmy ostatnie szkolenie, szybkim marszem podążyłam w stronę drapaczy chmur, czyli w stronę Dworca Centralnego. Zdążyłam na pociąg, choć było to niepewne. Co prawda w drugiej klasie biletów już nie mieli, ale w pierwszej jeszcze się znalazły.

W pociągu niespodzianka - nie ma w wagonach pierwszej klasy gniazdek, a przecież chyba z 20 osób wyciągnęło laptopy. Sasiadka z naprzeciwka, jak się później okazało, tłumacz z języka tureckiego, skwitowała krótkim "skandal". Uznałam, że dopóki mam naładowaną baterię, nic się nie dzieje.

Zadzwoniło do mnie w tzw. między czasie kilka osób z pracy, które nie wiedziały, że jestem w delegacji. Usłyszałam: - Jedziesz 5 godzin w pociągu InterCity? Byłaś 3 dni w Warszawie? Czyli razem 10 godzin w pociągu! Szczęściara!

I faktycznie. Czuję sie wybrańcem losu, gdyż ponieważ jadąc do Warszawy, napisałam w skupieniu dwa artykuły, będąc na miejscu spłodziłam kolejne dwa, a jadąc z powrotem jeszcze dwa. Nikt nie przeszkadzał, w zasadzie nie dzwonił (bo te kilka telefonów, to niewiele), nie wołał, nie wzywał, nie miał do mnie żadnych spraw. Siedziałam w skupieniu, w wygodnym fotelu, przyniesli kawę... Praca w wielu osób w mojej firmie polega na twórczości, myślę, że trzeba dać pod rozwagę myśl o jakiejś umowie partnerskiej z linią InterCity.

Problem się zaczął, kiedy siadły mi i sąsiadce baterie od kompów. Było to w Poznaniu. Przyszedł kierownik pociągu, więc zapytałyśmy grzecznie: - Co chciałby Pan nam zaproponować satysfakcjonującego w związu z tak nieprzewidzianą niedogodnością?

A ponieważ faceli przede wszystkim lubią święty spokój, kierownik pociągu od razu ocenił sytuację jako groźną i powiedział: - Czy miejsca w przedziale menadżerskim wydadzą się Paniom odpowiednie?

Uznałyśmy, że tak.

Podróż minęła przyjemnie. Rano obudziła mnie żałosna skarga z drugiego pokoju: - Kiedy mama przyjedzie? - Mama już jest - odpowiedział tatuś. W tym momencie przez pokój gołe stópki przebiegły galopkiem i dwa słodkie ciężary spadły na mnie - wróciłam do rzeczywistości.

 

14:36, lala.lu
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3
Tagi
zBLOGowani.pl