RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015

Jeśli ktoś ceni "Władcę pierścieni" Tolkiena, to "Ziemiomorze" Ursuli K. Le Guin go nie rozczaruje. To piękna i napisana z rozmachem opowieść fantasy o czarnoksiężniku Gedzie, kapłance mrocznych mocy Tenar, o podróżach na krańce świata i do krain umarłych, o mądrych i złośliwych smokach...

Wszystko się toczy wokół delikatnej równowagi świata, której zasady funkcjonowania przypominają teorię chaosu, którą łatwo zburzyć a trudno przywrócić. Czasem dla niej trzeba poświęcić to, co najcenniejsze i niekoniecznie jest to życie.

Dla mnie znamienną była przygoda młodego Geda, który z głupoty przywołał ze świata umarłych cień, przed którym na próżno usiłował uciec. Wreszcie odwrócił się i sam zaczął go ścigać, dopadł go i zmierzył się z - jak się okazało - mroczną stroną samego siebie.

Pełna znaczeń jest też historia Tenar - kapłanki Bezimiennych, która jako jedyna mogła przemierzać nieskończony, podziemny i tonący w ciemnościach labirynt będący świątynią mrocznych bogów - jej dziedzina i jednocześnie jej pułapka.

"Ziemiomorze" w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka ukazało się w jednym tomie w 2013 r. - 940 stron innej rzeczywistości, w której warto się zanurzyć.

Ursula Kroeber Le Guin urodziła się w 1929 r. w Kalifornii, jest pisarką science-fiction i fantasy. Kroeber to jej nazwisko panieńskie po ojcu - wybitnym antropologu i matce - pisarce, zaś nazwisko Le Guin przyjęła po mężu Francuzie.

środa, 25 listopada 2015

Taki jest Leitmotiv tomu pięciu opowiadań Erica-Emmanuela Schmitta pt. "Marzycielka z Ostendy". Pierwsze z nich nadało tytuł całości.

Obracają się one wokół relacji damsko-męskich - tak delikatnych i osobistych, ze aż trudnych do pojęcia przez przypadkowych obserwatorów. To, co Schmittowi bardzo się udaje, to opowiedzieć świetną historię i dodać jeszcze lepsze podsumowania.

W tytułowym opowiadaniu stara kobieta wyjawia pisarzowi sekret swojej największej i jedynej miłości - do księcia, z której musiała dobrowolnie zrezygnować - tak, tak "musiała dobrowolnie" to właściwe i nie błędne sformułowanie, ale nie chce go wyjaśniać i zdradzać tej zagadkowej historii.

Tu Schmitt po prostu stwierdza "Niektóre kobiety to pułapki, w które wpadamy i z których nie chcemy się uwolnić".

Pisarz, który wynajął u Emmy pokój, przyjechał zabliźniać rany po nieudanym związku. "Jeśli wyleczy się pan, to znaczy, że nie było warte zachodu".

Genialne opowiadanie pt. "Ozdrowienie" jest o budzeniu kobiecości. Budzicielem jest piękny, niewidomy mężczyzna po wypadku, którego stan zdrowia się pogarsza, a kobietą budzoną - pielęgniarka szpitalna - szara, pulchna mysz. Pewnego dnia Karl mówi jej, że uwielbia jej zapach.

Mój ulubiony cytat z tego opowiadania jest taki: "Wymarzona kobieta to nie ta, o której marzy ona sama, ale ta, którą widzi mężczyzna". I jeszcze ten: "To, co stanowi o uwodzicielskim talencie mężczyzny, to nie jego uroda, ale zdolność przekonania kobiety, by czuła się przy nim piękna".

No i wreszcie upatrzony cytat z ostatniego opowiadania pt. "Kobieta z bukietem": "czy czekając mylimy się, czy mamy rację?".

wtorek, 24 listopada 2015

I wróciłam z:

Szóstym zmysłem zorientowałam się, że mam już wypłatę na koncie i w drodze powrotnej do pracy zahaczyłam o Autorską. Oczywiście nie wydałam bezmyślnie 207 zł, tylko 103 - zakupiłam bowiem "Ziemiomorze" i dostałam paragon z kodem kreskowym, który odbiłam na korytarzu Pasażu, po czym wróciłam do księgarni z rabatem 30% i kupiłam "Rozmowy w Katedrze" o kilkanaście zł taniej, a ponieważ dysponowałam kartą z pieczątkami, na której to pani wbiła mi ostatnią 10 pieczątkę (czyli wydałam w księgarni przez czas jakiś 300 zł) - triumfalnie pobiegłam wybrać sobie prezent - i tak "Zaginione królestwa" dostałam gratis.

Niestety, konsekwencje dzisiejszego pójścia na sałatkę, zakupienia tych trzech tomów i przyjęcia nowej karty na pieczątki są dużo większe - trzeba zamówić u stolarza dodatkowe regały...

Co może się jeszcze zdarzyć, gdy motyl w Ohio znowu zatrzepocze skrzydłami?

15:10, lala.lu
Link Komentarze (16) »

Mamy burzę. W rolach głównych: Minister Kultury prof. Piotr Gliński, spektakl "Śmierć i dziewczyna" w reż. Eweliny Marciniak i scena seksu odbywającego się podczas spektaklu, ponoć porno.

Na sztuce jeszcze nie byłam (bilety wyprzedane na dwa miesiące do przodu), więc jej nie oceniam i nie mówię, co słyszałam i czytałam, bo to bez sensu.

Ale na pewno pójdę, bo: 

Teatr Polski we Wrocławiu to jest naprawdę dobry teatr: "Dziady", "Małe zbrodnie małżeńskie", "Czwarta siostra", "Wiśniowy sad", "Konno przez Jezioro Bodeńskie" Petera Handkego, a poza tym: Igor Przegrodzki, Wilam Horzyca, Jerzy Grotowski, Henryk Tomaszewski, Jerzy Jarocki, Kristian Lupa, Kinga Pereis, Jan Klata...

Wolałabym więc, żeby to, co się wydarza teraz, było dyskusją o teatrze, sztuce, etc. A nie przeradzało się w walkę polityczną: bezsensowną bitwę pomiędzy lewakami a pisowcami - kto tu jest lepszym Polakiem i obrońcą wartości (Których wartości? Bo na przykład ja bym broniła humanizmu). Czasem polityk powinien zwyczajnie się powstrzymać od wypowiedzi - to jest inna sfera ludzkiej działalności. A prof. Piotr Gliński się nie powstrzymał.

Pomijając wywijanie szabelką i zbijanie politycznych kapitałów, dodam:

Wybitne arcydzieła wyłaniają się z chmury chłamu lub dzieł bardzo przeciętnych. Nie będziemy wiedzieć dopóki to coś nie zaistnieje. Jestem za tym, żeby pozwolić zaistnieć. Z tym spektaklem może być jak z dziełami artysty - bohatera książki Erica-Emmanuela Schmitta "Kiedy byłem dziełem sztuki" albo - przeciwnie - jak z dziełami takimi jak "Justyna, czyli nieszczęścia cnoty" Markiza de Sada, powieści Jeana Geneta, "Publiczność zwymyślana" Petera Handkego (one też wywoływały oburzenie w swoich czasach, a okazały się totalnie przełomowe).

Nie twierdzę, że tak będzie z tym spektaklem. Może to coś zupełnie przeciętnego, należącego do chmury, z której pewnego dnia wyłoni się coś doskonałego. Ale może zwyczajnie musi zaistnieć. Na tym polega życie sztuki.

Julian Tuwim pozamiatał w 1932 r.

niedziela, 22 listopada 2015

Przeczytałam znakomitą książkę - wywiad rzeka między Wojciechem Eichelbergerem a Renatą Arendt-Dziurdzikowską pt. "Mężczyzna też człowiek".

Nieduża, wnikliwa, wyjaśniająca wiele. Kilka krótkich wniosków odnotuję tutaj - należy mieć na uwadze, że w książce są opatrzone dłuższym komentarzem:

1) "Z lęku przed uzależnieniem staramy się - Eichelberger mówi w imieniu mężczyzn - nie angażować emocjonalnie w związki z kobietami".

Prawda. Kiedy kobieta odkrywa ten brak zaangażowania, jest wściekła, rozczarowana, czuje się zwyczajnie oszukana.

2) "Niestety, zbyt często zapominamy, że aby nasz szanowano, kochano i zwracano na nas uwagę, musimy potrafić zaoferować innym szacunek, uwagę i uczucia".

Prawda. Kiedy kobieta odkrywa, że jej gesty, słowa, inicjatywy etc. trafiają w pustkę, nie są odwzajemnione - jest rozczarowana i wycofuje się, zamyka w swoim świecie. A potem mamy dwie odrębne monady, które nie mają żadnych punktów stycznych.

3) "Nadopiekuńcza Matka Polka, których u nas tak wiele, chroniąc synka przed groźnym światem, wychowa niedojrzałego mężczyznę, który gdy już dorośnie, będzie oczekiwał od kobiet, że zaopiekują się nim i zdejmą mu z barków wszelkie kłopoty (...). Gdy wychowa nas nadopiekuńcza mama, będziemy raczej siedzieli w domu i bawili się swoimi zabawkami - czyścili samochód, zajmowali się komputerem, dłubali coś w piwnicy albo czytali, czytali, czytali. Nie będziemy uciekać z domu, bo bez kobiety przy swoim boku nie czujemy się bezpiecznie. Ale tak naprawdę w domu jesteśmy nieobecni. Nie słyszymy, co się do nas mówi, nie reagujemy (...). Wycofamy się, nie będziemy brać za nic odpowiedzialności".

Prawda. Kiedy kobieta odkrywa, że oprócz siły i niezależności ma sobie potrzeby bliskiego kontaktu z mężczyzną polegającego na pełnej zaufania wzajemności, taki facet po nadopiekuńczej mamusi ją maksymalnie rozczarowuje i brzydzi.

4) Alternatywny wzorzec matki - "matka jest wściekła na jego ojca - ze zrobił jej dziecko, a teraz bawi się gdzieś albo bez przerwy pracuje i mało go rodzina obchodzi - i cześć swojego gniewu przenosi na syna, raniąc go i poniżając. W ten sposób uczy go tego, że z kobietami trzeba walczyć i nie wolno im ufać. Gdy syn syn dorośnie, będzie poniżał kobiety (...). Będzie rządzić, decydować, górować, wiązać się z grupą kolegów i uciekać z domu do pubu, na mecze, w góry, do pracy".

Wniosek Eichelbergera jest przejmujący: "W naszych czasach łączą się ze sobą dzieci ukryte w ciałach dorosłych - niedojrzali mężczyźni z niedojrzałymi kobietami - a potem przez resztę wspólnego życia walczą o to, kto komu ma siedzieć na kolanach. Niestety, tak przez pierwsze dziesięć lat wygląda większość naszych współczesnych związków. Dlatego wiele z nich trwa krótko".

Rozmowa dotyczy mężczyzn na różnych etapach ich życia: Chłopie, narcyz, potrzebujący, dojrzewający, narzeczony, ojciec, po przejściach, kochanek, dojrzały, starzec. Świetna lektura.

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3
Tagi
zBLOGowani.pl