RSS
niedziela, 29 grudnia 2013

Pogubiłam się i dłuższą chwilę namierzałam dzień tygodnia i datę. Jestem pierwszy raz w necie przed ostatnim wpisem. Aż mnie głowa boli od braku internetu i komputera. Przepraszam, że nie odpowiedziałam na komentarze.

Odpoczywałam na maksa - spałam do południa, czytałam książki, chodziłam na łyżwy.

Eric Emmanuel Schmitt "Małżeństwo we troje" - pięć doskonałych opowiadań, jedno z nich dało tytuł całości. Pokazują przewrotność losu, brak rozumienia ludzkich motywacji. Narrator wiedzie czytelnika i ów wie tylko tyle, co i bohater, aż wreszcie w finale zagadka rozwiązuje się w sposób zaskakujący dla wszystkich. Na przykład w opowiadaniu "Pies" świetny lekarz przechodzi na emeryturę, pewnego dnia samochód potrąca śmiertelnie jego psa, a lekarz pięć dni później się wiesza. Córka, dojrzała kobieta, jest zrozpaczona nie tylko stratą ojca, ale też natrętną myślą, że ojciec popełnił samobójstwo z powodu straty ukochanego czworonoga. Zresztą wszyscy w miasteczku tak myślą i trochę potępiają przez to nieboszczyka, bo czyż to ludzkie zachowanie?Poza tym ów lekarz całe życie miał takie właśnie psy, którym dawał zawsze to samo imię. Dość anormalne. Rzecz wyjaśnia się na końcu, gdy córka wraz ze znajomym pisarzem, do którego lekarz napisał tuż przed śmiercią list, poznają losy tego człowieka. Wówczas okazuje się, że pies odegrał w jego życiu ogromną rolę (nie zdradzę jaką, choć scena, którą bohater opisał w liście mną też wstrząsnęła). W każdym razie lekarz stwierdził, że gdyby nie pies, nienawidziłby ludzi. Nie miał już siły na nowego szczeniaka, dlatego po śmierci ostatniego też wolał odejść. 

Dan Brown "Inferno" - książkę dostałam na imieniny od znajomego. Pan Mąż popatrzył potępieńczo... Ale książka powieść była ciekawa. Nie tyle przez pokrętną fabułę w stylu "Kodu Leonarda da Vinci" (oglądałam film), co z powodu nawiązań do mojej ulubionej "Boskiej Komedii" Dantego i wielu dzieł malarskich. Kiedy pierwszy raz przeczytałam "Boską Komedię" nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że w każdej innej książce wysokiego lotu widzę nawiązania, znalazłam nawet w "Lalce" Bolesława Prusa. "Inferno" zachęciło mnie też, żeby sobie poprzeglądać albumy z malarstwem XIV- i XV-wiecznym. Akcja książki toczy się wokół wątku przeludnienia na Ziemi, które doprowadzi do zagłady gatunku ludzkiego w szybciej niż się tego spodziewamy, w związku z tym pewien szalony naukowiec ma plany... (nie opowiadam dalej). W każdym razie, gdy dziś usiadłam do spisywania jednego z wywiadów (wreszcie trzeba się zabrać za pracę), a mój rozmówca rozpoczął od zdania - problem przeludnienia Ziemi wiąże się z narastającym problemem braku wody pitnej - zadrżałam.

Prezenty spod choinki spowodowały, że:

1. Codziennie gramy całą rodziną w eurobiznes i świetnie się bawimy (Ala dostała);

2. Codziennie bawię się z Dominią lalkami Barbie itp., których jest obecnie osiem plus wielka szafa z ubrankami do przebierania, butami, torebkami, makijażem. Bawimy się, że lalki przyszły do stylistki albo idą na dyskotekę itp.;

3. Codziennie analizujemy zachowania rybek w akwarium. Mamy dwie molinezje, przy czym jedna najwyraźniej zdycha, oraz 5 kardynałków. Cały wieczór robiłyśmy z Alą akwarium.

4. Codziennie Ala z Dominią wymieniają się kartami z piłkarzami, które tatuś w sposób bardzo logiczny i prawidłowy cały wieczór układał w specjalnych albumach (kto powiedział, że zabawka ma być tylko dla dzieci?).

5. Codziennie pijemy dobrą kawę, zaparzoną tuż po zmieleniu super młynkiem.

Ja zaś od Pana Męża nie dostałam nic. Nie kupił mi żadnego prezentu, co już się raz zdarzyło kiedyś. Oczywiście, lepsze nic niż gówienko kupione w naprędce w jakimś rossmanie. Generalnie stosunki poprawione i kłótnia zażegnana, ale jednak nie da się nie zauważyć tego nic. Totalny brak empatii. Niestety, dawno to zauważyłam.

wtorek, 24 grudnia 2013

Alicja do mnie przed zakupami:

- I kup mi karteczki z Wiolettą.

- Przecież nie lubisz tego filmu, a ja Cię w tym popieram. Może coś przeoczyłam?

- Zgadza się, ale wszyscy go oglądają i zbierają karteczki.

- Ale Ty nie musisz tego robić.

- Muszę, bo nie chcę zostać społecznie wykluczona.

- Słucham?! Proszę?!

- Wszystkie dziewczyny codziennie rozmawiają o tym filmie i wymieniają się karteczkami.

- Chyba możesz rozmawiać z chłopcami?

- Mogę, ale wtedy musisz mi kupić karty z piłkarzami. Najlepiej kup mi jedne i drugie.

- Ala...

- Oj, mamo, przestań. Po prostu kup mi, wymienię na coś, co mi się podoba i wszyscy będą zadowoleni.

 

I kto mi powie, z jakiego źródła ośmiolatka zna pojęcie społecznego wykluczenia? Wzięłam i kupiłam te karteczki.

02:47, lala.lu
Link Komentarze (8) »

Chałupa posprzątana, pierogi zrobione (wczoraj), ryby posolone (dzisiaj), sałatki warzywnej nie będzie (nie chciało mi się), barszcz jutro (choć powinien być dzisiaj). Paznokcie - lepiej nie mówić, jak u chłopki po wykopkach.

O 18.00 mogłam się wziąć i zebrać.

- Mamo, gdzie idziesz? - Mały szpieg niby się bawi, ale wszystko widzi i słyszy.

- Idę na polowanie.

- To upoluj mi żółwia lądowego, gdybyś przypadkiem spotkała mikołaja.

Młodsze dziecię zapragnęło hodować zwierzątko i padło na żółwia. Nieustannie pragnie pieska, ale że piesek nieosiąglany... Obserwowałam ją przez kilka dni i doszłam do wniosku, że nie da rady. Pan Mąż nazwał rzecz po imieniu:

- Kot, to przynajmniej zabierze swoje cztery łapy i pójdzie na dwór albo ostatecznie drapnie, a żółw? Biedny żółw nawet nie piśnie.

Pan w sklepie okazał się bardzo kompetentny i żółwia odradził, bo żółw jest do oglądania, a nie do wyciągania, przewracania, tulenia, całowania, spania z żółwiem. Uśmiałam się natomiast, kiedy do pana podeszła para także z pragnieniem kupienia żółwia dla małoletniego dziecka. Kiedy mąż stwierdził, że przecież nie chodzi o robienie żółwiom wyścigów, ale czasem chyba można go wyciągnąć i potrzymać, pan sprzedawca odrzekł:

- Owszem, można. Tylko dziecko musi później solidnie wymyć ręce, bo w terrarium panuje taki mikroklimat, że sprzyja namnażaniu się pałeczek salmonelli.

Widziałam, jak matce stężała z lekka twarzyczka, pociągnęła męża za rękaw: - To my się jeszcze zastanowimy.

Grunt, to użyć właściwego argumentu, jeśli racjonalne okazują się niewystarczające. Starszej kupiłam nieduże akwarium wraz z oprzyrządowaniem. Mam nadzieję, że ją to ucieszy.

Dla dziadka i babci - ręczniki w wyhaftowanymi napisami: Super babcia, Super dziadek - a, niech mają!

Dla chrześnicy - srebrne kolczyki przy uszku (bardzo fajny i niedrogi prezent)

Dla Pana Męża - rózga - nie, nie, żartuję, kupiłam mu w ładnym etui oprzyrządowanie do paznokci, elektryczny młynek do kawy (z Duka - też ekstra i niedrogo) plus kawa z Tschibo. Wiem, mało romantycznie, ale ja w zeszłym roku dostałam od niego taki mały ekspres do kawy, który stawia się na gazie.

Dla siostry - fajny kubas na kawę, dwie specjalne łyżeczki do grejfrutów lub kiwi, miniaturową tarkę (np. do imbiru) - bardzo mi się to spodobało - oraz woreczki z zapachami do szaf - też praktycznie.

I to finito. Dla teściów nic, bo ich nie lubię.

Najgorsze jest to, że dla Domini też nic nie mam. Bo jak pomysł z żółwiem upadł, to nic nie wymyśliłam na miarę tego akwarium z rybkami. Jeśli mnie w nocy nie olśni, czuję, że rano polecę po drugie akwarium, żeby przynajmniej krzyku nie było. 

sobota, 21 grudnia 2013

że pozapinałam wszystko. 

Wykład o winie udał mi się świetnie - opowiadałam o archetypach, o tym, jak powstały mity i jak należy je rozumieć na różnych płaszczyznach, o Dionizosie, początkach teatru starożytnego, greckich obyczajach związanych z winem, o Rzymie w czasach Cesarstwa i wykorzystywaniu zatrutego wina jako dobrego środka na pozbycie się rywali. Oczywiście o winie w Starym i Nowym Testamencie, np. o tym, że przemiana wody w wino w Kanie Galilejskiej a później wina w krew podczas Ostatniej Wieczerzy to odwołanie się do pierwotnych archetypicznych rytuałów, choć w chrześcijaństwie otrzymały one nowe znaczenia. Wreszcie o islamie i obyczajowości muzułmanów w kwestii wina - biedni kalifowie obiecywali bogu, że nie będą pić, a później radzili się prawników, jak znaleźć wyjście z tej sytuacji. Niestety, nie wyszłam poza starożytność, dwie godziny to za mało. Przygotowanie tego wykładu było wspaniałą intelektualną przygodą dla mnie.

Koncert charytatywny, który odbędzie się na początku stycznia, już piąty, przygotowaliśmy. Zdążyłam ze wszelkimi materiałami: katalogami-cegiełkami, plakatami etc., które już pracują na dochód z koncertu i charytatywnej aukcji dzieł sztuki. Teraz wraz z całym komitetem organizacyjnym będziemy trzymać kciuki, żeby artystka nie zachorowała, żeby się wszystko udało, żebyśmy zebrali nie mniej niż w zeszłym roku. czas też pomyśleć o zmianie formuły.

Czasopismo - udało się, jest piękne i na czas (czyli na piątek rano), choć jeszcze we wtorek robiliśmy poprawki. Drukarnia, z którą pracuję jest po prostu rewelacyjna. Obiecałam sobie, że to ostatni raz, kiedy przygotowałam numer o 122 stronach plus okładka, zamiast - powiedzmy - 76 stron. Zabiło mnie, spałam po dwie godziny. Kładłam się, wstawałam cichaczem i robiłam, jakieś szaleństwo. Oczywiście, patrzę z satysfakcją, ale dużo mnie kosztowało. 

Pan Mąż - powiedziałam, że się nie odezwę, dopóki mnie nie przeprosi. Wyśmiał mnie, no to się konsekwentnie nie odzywam. Ale: zrobiłam listę zakupów - kupił i wyprasował ciuchy (już leżą następne). Dziś zabrał dzieci do kina, więc spokojnie oddam się... sprzątaniu. Kupiłam sobie płytę Anny German, puszczę i porządzę w domu.

Dziewczyny zadowolone, wczoraj wieczorem, po pracy poczułam spływający relaks - czytałyśmy do nocy książkę - ja czytałam głośno, a one słuchały, aż wreszcie Domcia zasnęła, choć zarzekała się, że ze strachu nie zaśnie (bo książka w stylu Harrego Potera).

Wszyscy u mnie w biurze wzięli urlopy, ja też. Przyjdę tylko 30 na kilka godzin, żeby opanować pewne rzeczy, na które nigdy nie ma czasu.

Zdałam relację - idę - wieczorem łyżwy, a co?

niedziela, 15 grudnia 2013

Nie kłóciliśmy się z Panem Mężem jakieś osiem miesięcy. Aż wreszcie dzisiaj musiał nastąpić ten moment.  Dosłownie jakby ktoś włączył zdartą płytę: usłyszałam te same teksty, przeżute argumenty i zarzuty. Najpierw odwarkiwałam, a później to już mi się nawet gadać nie chciało.

Pan Mąż nie wytrzymał presji - owszem, jestem ostatnio zajęta, jak co drugi miesiąc muszę wydać gazetę, a ten numer jest faktycznie zabójczy, bo ma 124 strony. Poza tym zgodziłam się przeprowadzić jutro (niedziela) dwugodzinny wykład (właśnie się przygotowuję). Propozycję zresztą dostał Pan Mąż, ale nie chciał słyszeć, a nie chciałam odmówić. Dziś natomiast też musiałam być na uroczystości w pracy, zaś Pan Mąż musiał - pierwszy raz od początku października, bo co tydzień ja jeżdżę - udać się z dziećmi na zajęcia Uniwersytetu Dzieci. Zawiozłam i odwiozłam, ale dupę trzeba było z domu ruszyć na kilka godzin - myślę, że to właśnie przelało czarę goryczy.

W poniedziałek gazeta idzie do drukarni i w poniedziałek mam wolne, a później w środę, a później przez całe święta do początku roku. Nie można było wytrzymać?

Po naszym powrocie do domu, to ja (zresztą z radością) poszłam z dziećmi na przedstawienie, w którym zresztą Ala grała główna rolę - Pinokia. A Pan Mąż nie poszedł - najwyraźniej zmęczył się wyjazdem do Wro.I komu zrobił na złość? Mi czy dziecku?

Ależ jestem wkurwiona!

O przedstawieniu opowiem za tydzień, kiedy dostanę fragment filmiku i będę go mogła zamieścić. Bo to było coś bardzo fajnego - od początku roku moje dzieci uczestniczyły w warsztatach teatralnych prowadzonych przez profesjonalnych aktorów. Rozwinę temat we właściwym momencie.

A wykład jutro mam o historii wina, a raczej o miejscu wina w kulturze. Chyba sobie zaraz otworzę jakąś flaszeczkę. Żeby się lepiej pracowało!

Tagi: Pan Mąż
01:14, lala.lu
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3
Tagi
zBLOGowani.pl