RSS
poniedziałek, 31 marca 2014

Jak ja lubię, kiedy mojemu dziecku przypomina się w niedzielę przed snem, że ma zrobić na przykład plakat.

To już drugi w tym tygodniu. Pierwszy był o Janie Pawle II (na religię), a ten ma być o rybach, płazach lub gadach. Wybrałyśmy ryby z racji ostatnio akwarystycznych zainteresowań.

Mówię my, gdyż mamusia zamiast pomalować paznokcie i położyć maseczkę na twarz, pospieszyła dziecięciu z pomocą. Obecnie dziecię śpi, a mamusia wykańcza (plakat i siebie). Tatuś poszedł spać o przyzwoitej porze, po dobrze spędzonym dniu przed komputerem.

 

Za wzór posłużyła ulubiona rybka Ali - Gilbert (molinezja złotoczarna), niestety pochłonięta przez epidemię ospy rybiej (mam nadzieję, że już opanowanej).

 

00:37, lala.lu
Link Komentarze (15) »
środa, 26 marca 2014

W niedzielę 23 marca byłam ze znajomymi na kolejnym przedstawieniu muzycznym w Capitolu - na "Joplin". Oczywiście, Janis Joplin.

Przedstawieniu należy się tyleż samo krytyki, co pochwały. Było nierówne, choć konsekwentne. A kilka osób wyszło ostentacyjnie z teatru - no, dawno tego nie widziałam.

Zaczęło się od powolnego budzenia się towarzystwa po jakiejś mocno narkotykowo-alkoholowej imprezie. Bardzo powolny powrót do rzeczywistości, choć chyba nie do końca, powolne odzyskiwanie zdolności komunikacyjnych - czterech chłopaków, trzy dziewczyny. Joplin z Jimmym dają sobie w żyłę i im fajnie. Czas stanął w miejscu (niestety, widzowie też to odczuwają).

W pewnym momencie życie nabiera tempa, towarzystwo popija i zaczyna się bawić, rozrabiać. Rozbierają się do naga i wygłupiają. Po scenie latają cztery penisy (nie było na czym oka zawiesić, raczej gwizdki niż flety). Panienki trzęsą pośladkami i małymi piersiami.

Wreszcie Joplin (Natalia Sikora) naciąga spodnie i koszulinkę, przepasuje się w biodrach ozdobnym paskiem. Podchodzi do mikrofonu. Odsłania się kotara z tyłu i ukazuje zespół. Zespół gra a Janis Joplin śpiewa.

Te 20 min. koncertu z kapitalnym głosem Natalii Sikory było najlepszą częścią całego przedstawienia. Natalia nie tylko śpiewała, ona była Janis Joplin.

Po koncercie Janis upada na deski. Jakoś ją zbierają. Nie pamięta koncertu, nie pamięta, "jak chłopaki grały". Wywiad. Podczas rozmowy z dziennikarzem odsłania się wielka wrażliwość młodej dziewczyny, która wie, że bycie artystą, to nie splendor, tylko ból istnienia.

Później znów towarzystwo, które cały czas jest na scenie, zapada w narkotyczny letarg. Trochę się kłócą, chcą wyjść i nie chcą, dają w żyłę. Wreszcie jeden z nich mówi, że dziury w duszy nie da się zalepić ani alkoholem, ani narkotykami, ani seksem. Ma rację, ale to nic nie zmienia.

I tak się kończy. Cały spektakl był konsekwentny. Może nawet ten stan narkotyczny ukazany został w czasie rzeczywistym, ale to generalnie nudne było. Koncert był super, aktorzy najwyraźniej chcieli, żeby publiczność poczuła się, jak na rockowym koncercie. Ale to nie mogło się udać, bo to nie była ta publiczność. To nie był odbiorca psychodelicznego rocka drugiej połowy lat 60. A poza tym raczej nie przypadły do gustu te trzęsące się penisy i pośladki.

Z koleżanką wylądowałyśmy później na długiej kawie.

 

 

Dziś miałam też iść (ze Starszą) na koncert. Tym razem w Kościele św. Elżbiety. Ale dziewczyny wycięły numer - czyli wyciągnęły rybki z akwarium i roślinki - i tym samym zajmowałam się do 22.00, żeby przywrócić całość do porządku.

Okazało się, że akwarium Starszej zapadło na rybią ospę (ryby wyglądają wówczas jak obsypane łupieżem). Z 12 rybek zostały tylko trzy. Walczą o życie. Leczę preparatami, zobaczymy. Nie wiadomo, co się stało, że pasożyty kulorzęski tak się uaktywniły, że spowodowały epidemię. Teraz patrzymy na akwarium Młodej. Jedna ryba zdechła - mieczyk. Ale może też za dużo ich było i walczyły o teren.

Wczoraj byłam świadkiem w sądzie. W sprawach zawodowych. Mało fajne przeżycie.

Tagi: teart
23:24, lala.lu
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 marca 2014

Najpierw zaległa informacja: 2 marca byłyśmy z koleżankami na "Mistrzu i Małgorzacie" w dawnej Operetce a dziś Teatrze Muzycznym Capitol. Bardzo dobrze wyreżyserowany spektakl. Co ciekawe, bez skrótów. Powiedziałabym, że przeczytali, wyśpiewali i wytańczyli mi książkę. Nowa scena Capitolu ma bardzo duże możliwości techniczne, jest naprawdę głęboka. Duże wrażenie wywarł na mnie wystrój (byłam pierwszy raz po przebudowie) - kolory - miedziano-srebrne i nietandetne. Nowocześnie, ale z nawiązaniem do scen klasycystycznych w sztukaterii ścian i sufitu.

Wczoraj (22 marca) byłam drugi raz. Na przedstawieniu "Czas nas uczy pogody" z programu corocznego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Spektakl wyreżyserowany przez Krzysztofa Maternę.

On sam na wstępie opowiedział, skąd zaczerpną inspirację (przepraszam, nie zapamiętałam, ale spodobało mi się, że to powiedział), jak ten spektakl zrobił i że to właściwie pewien eksperyment. Otóż, ogłosił casting na śpiewaków w wieku - określił to - bardzo dojrzałym, na moje oko 55+, ale nie profesjonalistów. Takie panie z biur i panowie z prywatnych inicjatyw. Zgłosiło się 300, wybrali 20 osób, które przeszły warsztaty. Następnie Materna wybrał repertuar, którego - jak powiedział - albo ci ludzie nie znali albo nienawidzili. Było stary dobry polski rock. (No to nie wiem, skąd te niby negatywne uczucia, ale dobrze).

Faktycznie weszła na scenę barwna grupa społeczna, taka jak panie z administracji w mojej firmie i panowie z działu zaopatrzenia, i śpiewali. Każdy miał swoją piosenkę, niektórzy nawet po dwie. Trzeba zaznaczyć, że muzycy byli natomiast profesjonalistami najwyższej klasy - były klawisze, gitara solowo-akompaniująca (w zależności od potrzeb), kontrabas i perkusja. Kiedy ci ludzie zaczęli śpiewać, okazało się, że śpiewają zupełnie dobrze, a w niektórych przypadkach nawet znakomicie. Dali znanym piosenkom całkowicie swoją własną interpretację, niepodobną do oryginału. Teksty piosenek w tym kontekście nabrały zupełnie innego znaczenia. 

Wyobraźcie sobie pana pod siedemdziesiątkę, wysokiego, który lekko drążącym głosem, ale melodyjnie, śpiewa "Miałem 10 lat, gdy usłyszał o mnie świat". Nawet kiedy teraz piszę te słowa, ciarki przechodzą mnie po plecach - to była zupełnie nowa jakość, o całe galaktyki oddalona od czegoś, co nazywa się Justin Biber. Teraz wyobraźcie sobie panią - lat 50, taką we własnym stylu - czarne legginsy, czarne botki, spódnica przed kolano szeroka z tiulu, czarna krótka skórzana kurtka z ćwiekami, zaczesana na bok - i śpiewa "Józek, nie daruję ci tej nocy" - absolutna bomba. Teraz pani - wysoka, szczupła blondynka zaczesana w luźny koczek, w spódnicy czarnej wąskiej do połowy łydki i białej wpuszczonej bluzeczce - taka bardzo klasyczna, elegancka urzędniczka, niskim i ściszonym głosem, bo to urzędniczka średniego szczebla albo nauczycielka, śpiewa "Pod Papugami". Albo mężczyzna - z wyglądu trochę Owsiak, w czapeczce z daszkiem do tyłu, jeansowych spodniach i katanie, żółty T-shirt plus wydatny brzuch (ale tylko brzuch, reszta wydawała się szczupła), taki mechanik samochodowy pod sześćdziesiątkę, śpiewa "Czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec". Natomiast wykonanie "Jaskółki" przez panią w ondulacji było olśniewające, dużo lepsze niż oryginał. Musiała kilka razy wychodzić, żeby ukłonić się za rzęsiste brawa, aż Materna musiał publiczność uspokoić, żeby spektakl mógł toczyć się dalej.

Zresztą Krzysztof Materna cały czas był w pobliżu, jak piosenka się kończyła podchodził, wskazywał, panią od "Jaskółki" pocałował w rękę. To wszystko miało sens. Zobaczyłam, podobnie jak wielu innych na widowni, że można wykorzystać medialnie modę na śpiewających nuworyszy, bo taka bez wątpienia jest - w tych wszystkich programach muzycznych i filmach, ale można tych ludzi potraktować z szacunkiem. Materna nie kpił, nie wyśmiewał, nie lansował się cudzym kosztem i nie mądrzył, jak cała grupa zasiadających w jury od X-Factora, Voice of Poland, Must be the Musik, po Mam talent. Tylko powiedział do publiczności na początku: Docencie Państwo, że ci ludzie musieli naprawdę siebie przeskoczyć, żeby wziąć udział w tym eksperymencie. I zostali docenieni przez publiczność, bo naprawdę było za co.

Jeszcze jedno zauważyłam. Oni wszyscy nie opuszczali sceny, siedzieli na krzesełkach w grupach wokół małych stolików, a gdy mieli śpiewać wstawali i podchodzili do przodu sceny. Widziałam, jak się wspierają li zwyczajnie lubią, siedząc i czekając na swoje wystąpienie. Pani od Józka po odśpiewaniu przybiła piątkę z koleżanką, czasem inni trzymali się za ręce, siedząc przy tych stolikach lub gdy grupą podchodzili do przodu sceny (bo i takie były momenty). Myślę, że ci ludzie przeżyli wspaniałą przygodę. Wyraźnie było czuć ich pozytywne emocje, które z całą pewnością nie mogły być aktorstwem.

Dzisiaj też idę na inne przedstawienie do Capitolu. Ciekawe, jak będzie.

 

wtorek, 18 marca 2014

a) Kupiłam sobie pod naciskiem moich pociech rolki - ale jeszcze nie jeżdżę, bo wiatrzysko okropne, czekam na poprawę pogody.

b) Poszłam wreszcie na basen - było super. Przepłynęłam w trybie ciągłym i w tempie 55 długości basenu 25-metrowego. 40 długości żabką, 10 długości grzbietowym i 5 naprzemiennie. Powiedzmy sobie szczerze, miewałam dużo lepsze wyniki, ale po przerwie może być.

c) Postanowiłam przeprowadzić młode do osobnych pokoi na górze, bo kłócą się w sposób niemożliwy. Mówię głośno, ze meble trzeba kupić i odmalować pokoje - Pan Mąż udaje, że nie słyszy. Może faktycznie nie słyszy, bo niektórzy mają taką zdolność nierejestrowania wiadomości niewygodnych. 

d) Słabsze rybki w akwarium padają ofiarą zmutowanego ślimaka - zaobserwowaliśmy, zeżarł już ze trzy ryby i znacznie urósł. Będziemy przypatrywać się dalszemu rozwojowi wypadków. Kupiliśmy glonojady - śmieszne są.

e) Jeszcze nie naprawiłam lampy w samochodzie po mojej stłuczce z tramwajem, bo policja ma czas i jeszcze - od 6 listopada - nie uporała się ze skierowaniem sprawy do sądu, choć pan policjant już sporządził notatkę, że wina motorniczego. Mają rok, to dlaczego nie wykorzystać? Mnie szlag trafia, ale kogo to obchodzi.

f) Pan Mąż mnie wkurza.



15:53, lala.lu
Link Komentarze (26) »
czwartek, 06 marca 2014

Poza tym przywaliłam w lutym okropnie. Z nerwów jak zwykle przestałam dostrzegać, że jem i co jem. A nerwowo było i będzie do końca marca.

Muszę jakiś program naprawczy wprowadzić, ale kompletnie nie mam jak, gdzie, kiedy... Przychodzę do domu, jak dziś na przykład, i siedzę w lekcjach dzieci, a później gonię je do spania. I co mam zrobić o 22.00? Pójść biegać?

I cera bardzo mi się popsuła. Bo pewnie jadłam, co miałam pod ręką. Może za dużo słodyczy albo konserwantów?

Pan Mąż ma teorię, że zawsze jak siadam do gazety, to przywalam, bo wtedy świata Bożego nie widzę i wykonuję tylko ruchy palcami po klawiaturze, a ten sport się nie liczy. Ziarno prawdy w tym jest. Ale też Pan Mąż źródło wszelkiego zła widzi w mojej gazecie. Bo to takie trzecie dziecko - tyle że nie jego. Drażni go. Tak się zastanawiam, czy gdybym miała inną pasję, to też by jej nie znosił. Jakoś wydaje mi się, że tak. Wszak drugą moją pasją jest mój ogród - i też się nasłucham.

Za to ostatnio miałam okazję zaobserwować dwójkę ludzi, chyba przyjaciół, z inną pasją, dla której są gotowi wiele poświęcić. Ta pasja to ochrona zwierząt, ale sytuacja była inna. Otóż, dowiedziałam się w poniedziałek, że we wtorek mija termin składania projektów na pewien konkurs, z którego może coś wyniknąć. Zadzwoniłam do znajomej, żeby jej o tym powiedzieć. Znajoma była akurat w podróży na drugi koniec Polski. Umówiłyśmy się, że wieczorem ona będzie tworzyć, a ja popaczę. Siedziałyśmy na czacie do 1 w nocy - ona w hotelu, ja w domu. Wreszcie uznałam, że już nie daję rady. Więc znajoma zadzwoniła o tej 1.30 do kolegi, który wstał, wsadził głowę pod kran, usiadł do kompa i dokończył dzieło. Rano przyjechał do mnie do biura, żebyśmy poczytali. Czytaliśmy 7 godzin, po czym efekt czytania kolega zabrał i zawiózł w ostatniej godzinie tam, gdzie trzeba. Mój udział w tej operacji był znikomy, za to patrzyłam z podziwem.

Ala - nawet grzeczna, nie licząc głupawek.

Dominia - dostała dwa dni na nauczenie się 5 zwrotek wiersza na pamięć, i to wcale nie takich łatwo wpadających w ucho. Czy to nie za krótki termin? Tłukłyśmy ten wiersz i wczoraj i dzisiaj, ale nie mogę powiedzieć, że umie.

Fatalny nastój, za dużo, za dużo...

23:05, lala.lu
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl