RSS
środa, 30 marca 2016

Papuga papugą, ale żółw nie wyparował z główek. W necie znalazłam ogłoszenie, że pan by sprzedał dwa zaprzyjaźnione osobniki - greckiego i stepowego. Dziewczynki zapałały natychmiast miłością wielką, stąd moja wycieczka do Konina.

Młode pojechały z tatą do dziadków, więc mogłyśmy z koleżanką uskutecznić misję bez komplikacji (gdybym przypadkiem wzięła któreś dziewczę, to terrarium już by się nie zmieściło).

Ten po lewej, ciemniejszy, to panienka - żółw grecki. Ma na imię Izabella (Ala nazwała) i jest młodsza od osobnika męskiego - po prawej, żółwia stepowego, który ma 16 lat (Dominia jeszcze wybiera imię).

Typowe: samiec natychmiast wyruszył eksplorować teren. I to całkiem szybkim tempem.

Żółwiczka spokojnie wciąga sałatę.

Kot nie wie, co powiedzieć. A może i wie, ale nic nie mówi na wszelki wypadek.

Patrzy, wącha, ale nie robi mu krzywdy.

Typowe: samiec znalazł jaskinię i się w niej zadekował. Za obrazem.

Ifigenia poszła obczaić, co żółwie dostały do jedzenia i czy przypadkiem kotu nie dzieje się w tej kwestii jakaś krzywda. Żółwiczka zajadała niewzruszona obecnością kota.

Żółwik znalazł sobie kawałek nagrzanej od słońca podłogi i nie ruszał się stamtąd dłuższą chwilę.

A tu z bliska - cudny jest: spokojny, można pogłaskać, nie chowa się, odważnie wędruje po całym pokoju. Obraz Mayera uznał za swój.

Tu zostały wyniesione na ogród. Tylko na chwilę, bo jeszcze za zimno jest na takie wycieczki dla nich.

Terrarium mają po byku.

Teraz szybko się douczamy, jak hodować, co dawać jeść, kiedy, ile, itd. Raz piszą, że sałatę i ogórka tak, raz, że w żadnym wypadku i bądź tu mądry. Postanowiłam zadzwonić do ogrodu zoologicznego i zapytać o sporne kwestie.

W każdym razie mamy żółwie.

Tagi: żółwie
09:48, lala.lu
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 28 marca 2016

Ryszard Kapuściński, PODRÓŻE Z HERODOTEM, Czytelnik, Warszawa 2013

To jest książka o tym, jak starożytny badacz i pisarz - Herodot z Halikarnasu stał się nauczycielem i mistrzem Ryszarda Kapuścińskiego. Reporter, wyjeżdżając w swoją pierwszą podróż zagraniczną do Indii, dostał od swojej szefowej w redakcji prezent - "Dzieje" Herodota.

Młody dziennikarz czytał je nieustannie. Kiedy znalazł się w Indiach okazało się, że nie rozumie kompletnie nic. Nie znał angielskiego, nie mówiąc o żadnych językach tutejszych: "Rzucony na głęboką wodę, nie chciałem jednak utonąć. Uznałem, że może mnie uratować tylko język. Zacząłem zastanawiać się, jak Herodot, wędrując po świecie, radził sobie z językami (...). Mając odcięty odwrót, musiałem podjąć rękawicę. Zacząłem dzień i noc wkuwać słówka (...). Pojąłem, że każdy świat ma własną tajemnicę i że dostęp do niej jest tylko na drodze poznania języka. Bez tego świat ów pozostanie dla nas nieprzenikniony i niepojęty, choćbyśmy spędzili w jego wnętrzu całe lata" [s.26-27].

Mamy tu trzy cudne opowieści - o czasach starożytnych i wydarzeniach, które Herodot skrupulatnie opisał, o czasach Kapuścińskiemu współczesnych i wydarzeniach, o których polski reporter wysyłał korespondencję, i wreszcie - ta podoba mi się najbardziej - o uczeniu się dziennikarstwa, o warsztacie - Kapuściński cały czas analizuje, jak pracował Herodot, co myślał, jakie zasady rządzące światem odkrywał: "Człowiek współczesny nie troszczy się o własną pamięć, ponieważ żyje otoczony pamięcią zmagazynowaną. Wszystko ma na wyciągniecie ręki - encyklopedie, podręczniki, słowniki, kompendia. Biblioteki i muzea, antykwariaty i archiwa. taśmy dźwiękowe i filmowe. Internet. (...). W świecie Herodota niemal jedynym depozytariuszem pamięci jest człowiek. Żeby więc dotrzeć do tego, co zapamiętane, trzeba dojść do człowieka (...), wysłuchać, zapamiętać, może zapisać. Tak zaczyna się reportaż, z takiej rodzi się sytuacji" [s. 80-81]. (Dziś zasadniczym depozytariuszem pamięci jest internet, nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby nagle przestał działać).

Kapuściński po Indiach został na krótko oddelegowany do Chin na fali rozkwitania tysiąca kwiatów Mao i odwilży popaździernikowej Gomułki - fala wkrótce opadła i Kapuściński wrócił. Po jakimś czasie wyjechał do Afryki. Nie rozstawał się z Herodotem, czytając go po kilka razy i zadając pytanie, jak pracował Herodot. Bo "po co", to Kapuściński wie: "pragnienie, aby zachować dla innych jak najwięcej z tego, czego się człowiek sam dowiedział i co przeżył, sprawia, że dzieło Greka nie jest prostym zapisem dziejów dynastii, królów i pałacowych intryg, lecz mimo iż wiele pisze o władcach i władzy - mówi nam także o życiu prostych ludzi, o wierzeniach i uprawach, o chorobach i klęskach żywiołowych, o górach, rzekach, roślinach i zwierzętach.. Na przykład - o kotach (...)" [s. 223].

Tego się Ryszard Kapuściński nauczył, bo właśnie takie jest jego pisarstwo - nie tylko ważne wydarzenia, przewroty, rewolucje na Czarnym Lądzie, ale próba zejścia do głębi, do przyczyn, do wszechstronnego zrozumienia świata. Nauczył się też stawiać to istotne pytanie "dlaczego tak się dzieje?".

Być może właśnie dzięki Herodotowi polski korespondent doznał pewnego dnia olśnienia: "Tu, w Algierze, po kilku już latach pracy reportera zacząłem zdawać sobie sprawę, że idę błędną drogą. Była to droga poszukiwania spektakularnych obrazów, złudzenia, że obrazem można wykpić się przed próbą głębszego zrozumienia świata, że można go objaśnić tylko poprzez to, co zechciał nam pokazać w godzinach swoich spazmatycznych konwulsji, kiedy wstrząsają nim strzały i wybuchy, ogarnia płomień i dym (...) Czy nie można przebić się przez ten stereotyp, wyjść poza ten ciąg obrazów, próbować sięgnąć w głąb? (...) szukać tła i sprężyn zamachu, ustalać, co się za nim kryje i co on znaczy, czyli rozmawiać, przyglądać się ludziom i miejscu, a także czytać, słowem - próbować coś zrozumieć" [s. 230-231] I dalej: "Zobaczyłem wtedy Algier jako jedno z najbardziej fascynujących i dramatycznych miejsc świata. Na małej przestrzeni tego pięknego, ale zatłoczonego miasta krzyżowały się dwa wielkie konflikty współczesnego świata: jeden miedzy chrześcijaństwem i islamem (...), i drugi - (...) w łonie samego islamu) - miedzy jego nurtem otwartym, dialogicznym (...) a  tym zamkniętym, zrodzonym z poczucia niepewności (...) nurtem fundamentalistów". Ryszard Kapuściński zauważył to w 1965 r., kiedy w Algierze doszło do wojskowego, bezkrwawego zamachu stanu, po prostu prezydent Bel Bella został zastąpiony wojskowym. Ciekawe.

O Herodocie Kapuściński pisał wprost "wciągał mnie od początku": "Nie ma w nim złości, nie ma nienawiści. Stara się wszystko zrozumieć, dociec, dlaczego ktoś postępuje tak, a nie inaczej. Nie wini człowieka jako osoby, wini system, nie jednostka jest z natury zła, zdeprawowana, nikczemna, zły jest system, w jakim przyszło jej żyć. Dlatego jest żarliwym rzecznikiem wolności i demokracji, i przeciwnikiem despotyzmu, jedynowładztwa i tyranii, gdyż uważa, że tylko w tym pierwszym wypadku człowiek ma szansę zachować się godnie, być sobą, być ludzki" [s. 264-265].

Teraz mam dylemat, czy najpierw zabrać się za biografię Kapuścińskiego, czy za "Dzieje" Herodota?

 

niedziela, 27 marca 2016

W sobotę pojechałyśmy z koleżanką do Konina. Dojechałam do Oleśnicy, wypiłyśmy kawę, zjadłyśmy kawałek świątecznego ciasta i lajcikowo wyjechałyśmy o 11.00.

Zatrzymałyśmy się w Kaliszu. Jak dotąd Kalisz kojarzyłam z pokojem kaliskim z 1343 r., między Kazimierzem Wielkim a Zakonem Krzyżackim. Od minionej soboty będę miasto łączyć jeszcze z fabryką Big Stara i ich sklepem firmowym, w którym trzy pary świetnych jeansów zakupiłam za jedyne 90 zł, a do tego kilka całkiem niezłej jakości koszulek.

Starówka w Koninie nie mieści się w centrum miasta, tylko zupełnie na uboczu. Współczesne miasto rozbudowało się wokół znaczącej linii kolejowej i dworca, odwracając się od średniowiecznej części. Może to i dobrze, bo zachował się w niej cudowny klimat.  

Klasycystyczny Ratusz w Koninie. Plac średniowiecznego rynku ma kształt wrzecionowaty, podobnie jak w Środzie Śląskiej, nie zaś kwadratowy, jak w większości miast.

Romański słup graniczny z 1151 r. Wskazywał drogę z Kalisza do Kruszwicy.

Za nim widać gotycki kościół im. Św. Bartłomieja z XIV w. Niektóre fragmenty kościoła są oczywiście znacznie starsze, a od strony południowej - dobudówki barokowe.

W środku kościół jest bardzo przyjemny, trzynawowy, przytulny. Polichromię i witraże wykonał w 1910 r. Eligiusz Niewiadomski, późniejszy zabójca pierwszego prezydenta RP Gabriela Narutowicza.

Prześlicznych domów oraz kamienic jest tu naprawdę sporo.

Jest i koń. Widać wyraźną inspirację centaurami, tyle że artysta chciał być najwyraźniej oryginalny i koński łeb nasadził na ludzką męską klatę. Osobiście wolę tradycyjne wersje.

Jednakże do Konina przez Kalisz nie pojechałyśmy turystycznie. Tylko z misją o kryptonimie "Żółw".

Tagi: Kalisz Konin
21:43, lala.lu
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 marca 2016

Zaczyna się szaleństwo ogrodowe (poznaję po dłoniach).

Wyczyściłam już większość rabatek. Przeglądam straty po zeszłorocznej suszy. Tuje mam strasznie zmarnowane. Jednej (widać której) chyba nie uratuję - poprzecinałam je ostro, spryskałam, podsypałam nawozem, po dwóch tygodniach spryskam znowu - patrzę.

Kot też patrzy.

Warzywniaka jeszcze nie ma, ale jest na jego miejscu ognisko. Za tydzień może przygotuję i wysieję, co trzeba.

Zakupiłam wilczomlecz - okropnie śmierdzi i z korzeni wydala trujące soki. Mam nadzieję, że kretom to się nie spodoba.

Po plakacie zrobiłyśmy sobie z dziewczynkami inną zabawę. W dekoracje świąteczne.

Sadziłyśmy do koszyków i łubianek kwiatki w różnych konstelacjach. Kuchnia wyglądała po tym jak kartoflisko po wykopkach, ale co tam.

Dziewczyny oczywiście musiały się pokłócić, bo jedna chce pomóc drugiej, a druga nie chce tej pomocy, bo druga przypomina sobie wszystkie doznane krzywdy od pierwszej, więc pierwsza się obraża... I kwadrans był wyjęty z życiorysu. Powiedziałam, że nic im więcej nie kupię. Z pewnością słowa nie dotrzymam.

Do dziadków pojechały już pogodzone. Zostałam sama w domu. Przynajmniej sobie w spokoju posprzątam.

Tagi: ogród
10:31, lala.lu
Link Komentarze (7) »
środa, 23 marca 2016

Ala była chora w zeszłym tygodniu, więc dopiero wczoraj się dowiedziała, że na dzisiaj ma zrobić wypasiony plakat. Ma to być: mapa przedstawiająca świat mitologii greckiej oraz ponad 40 bogów i bohaterów.

Zasiadłyśmy wczoraj do naszego dzieła na formacie A0.

Oto fragmenty:

Naszkicowałam tańczące Hory - boginie pór roku, Ala pokolorowała.

Rysowanie z dzieckiem jednego wielkiego rysunku jest czymś cudownym. Mój jest Hades, Ali - Persefona i Hekate.

Mój rysunek - Ali dobór kolorów.

Moja jest Eos, a Ali - siedząca z książką Hestia (jak ona to wymyśliła?)

Gdy dziecię padło znużone, mamusia dzielnie bawiła się dalej. Posejdon jest mój, Ali - morskie bałwany.

Syzyf i Hefajstos są moi.

Hermes, Atena i drzewko oliwne są moje, Ala narysowała Gaję jako staruszkę, kozę Almateę i parę Okeanosa i Reję.

Ali są Erynie trzymające nożyczki, nić i oko, na zboczu Olimpu, a moja tylko Arachne zamieniona w pająka.

Apollonowi narysowałam listek figowy na jajkach, ale dziecię ostro zaprotestowało. Tutaj dobrze nie widać, ale zza mojego Apolla wystają eteryczne Ali Muzy. Leżący Herakles jest w całości Ali.

Charon i Cerber są moi, ale nagrobki Uranosa i Kronosa (z napisem R.I.P. - uśmiałam się), obok upadły Ikar oraz rzeki, Tartar i Pola Elizejskie są Ali.

Całość. Jestem zachwycona tym plakatem. Rysowałyśmy go w totalnym zapamiętaniu. Ala jest zachwycona mitologią, co mnie nie dziwi.

Może zrobimy wycieczkę do Muzeum Pergamońskiego w Berlinie? Z taką fantazją położyłam się spać późną nocą.

Domcia leżała mamusi na plecach podczas tej twórczej pracy i zawodziła, że poświęcam jej za mało czasu, bo ona też chce ze mną robić plakat. Więc dzisiaj będzie rysowanie plakatu z Dominią.

Tagi: dzieci
10:12, lala.lu
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl