RSS
środa, 29 maja 2013

Z premedytacją zostałam dzisiaj dłużej w pracy i nie poszłam na zebranie rodziców w sprawie zakończenia przedszkola, a konkretnie w sprawie prezentu dla wychowawczyni. Poszedł Pan Mąż, który asertywność ma wyćwiczoną, po czym wrócił lżejszy o 30 zł, ale nie obciążony żadną robotą. Zeznał, że się nie odezwał ani słowem, a rodzice zdecydowali, że kupią bransoletke Pandory za 500 zł.

Odetchnęłam głęboko. Jak dobrze, że nie poszłam. Na pewno wyśmiałabym bransoletkę, wyśmiałabym kupowanie czegokolwiek, wdałabym się w dyskusję, następnie bym zarobiła kilku wrogów, wymyśliła coś, po czym musiała zebrać kasę i zakupić. A tak śpię spokojnie.

Dwa lata temu, gdy Starsza kończyła przedszkole, odbyła się ta sama historia. Na spotkaniu nasłuchałam się pomysłów w stylu woucher do spa, biżuteria etc. Mój pomysł, żeby kupić co najwyżej dobrą książkę, np. ostatniego "Noblisty", został wyśmiany. Zaproponowałam wówczas zakup oryginalnej florotypii Elżbiety Wodały (pokazałam na laptopie), na co rodzice przystali, obarczając mnie dokonaniem zakupu prosto od artystki.

Problem polega na tym, że jestem organicznie przeciwko takim akcjom. Uważam, że to relikt PRL-u. Jeśli rodzice są zadowoleni z placówki i z wychowawcy, to niech zakupią cegiełki, czyli dadzą darowizny, a organ prowadzący, czyli gmina w naszym przypadku, może z tej darowizny dać nauczycielce nagrodę albo kupić do przedszkola coś ważnego. Uważam, że to byłoby w porządku, a nie bransoletka Pandory. No przepraszam.

Jak dobrze, że mnie nie było, na pewno podzieliłabym się swoimi nieżyciowymi poglądami.

 

20:09, lala.lu
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 27 maja 2013

Koleżanka P. dziękuje za wszystkie rady i linki, również za wskazówki z medycyny niekonwencjonalnej. Lepiej coś robić, czekając, zwłaszcza, że nie szkodzi. Myślałam, że mnie może trochę opiórka, ale jednak nie. Ludzkie zainteresowanie i chęć pomocy podtrzymuje na duchu i dodaje sił. W każdym razie czekamy i szukamy informacji.

Tymczasem w ogrodzie rządzą rododendrony. Uwielbiam je tak samo jak tulipany. Również za to, że kwitną po sobie. Mam kilka małych (jednego dużego niestety szlag trafił rok temu). Oto one:

A tu moja ulubiona, niedawno zdobyta odmiana American Beauty

To zdjęcie historyczne, bo tulipanów już nie ma

A to sytuacja na tej samej linii po tulipanach:

Chyba zaraz zamiast pisać teksty (co powinna robić) pójdę przekopywać ziemię pod nową rabatkę.

Tagi: ogród
18:54, lala.lu
Link Komentarze (7) »
czwartek, 23 maja 2013

W sprawie koleżanki P. uruchomiliśmy wszystkie znajomości. Okazuje się, że niektórzy je mają i nawet chcą się podzielić. Czekamy na PET.

Tymczasem, nie mogłam się powstrzymać:

21:36, lala.lu
Link Komentarze (13) »
wtorek, 21 maja 2013

Mamy koleżankę, lat 31, niezamężna. Dobry człowiek, taki, jakich dzisiaj mało. Wrażliwa, serdeczna, nastolatki jej słuchają, zwierzęta ją kochają, zresztą wiele robi i dla pierwszych, i dla drugich. Zwłaszcza dla drugich.

Kilka miesięcy temu okazało się, że ma chłoniaka złośliwego. W szyi, w piersiach i w jamie brzusznej.

Myślałam, że kiedy lekarz zdiagnozuje raka, to wysyła pacjenta po szczoteczkę do zębów i piżamę, a następnie zamyka w szpitalu na leczenie. Nic bardziej mylnego. Odsyłali, badali, nie wiedzą... minęło pół roku. Pół roku przy raku to era. Teraz nie wiadomo, co będzie. Udało się załatwić dla dziewczyny badanie PET, czyli badanie, które pokaże stopień zaawansowania choroby. Załatwić, to właściwe słowo, bo ponoć na to badanie czeka się nawet kila miesięcy i kosztuje kilka tysięcy zł. Kilka miesięcy przy raku, to wyrok.

Ale co dalej?

Jest załamana. Chodzi do pracy, zajmuje się masą rzeczy, chyba żeby nie zwariować. Podtrzymujemy ją na duchu i mówimy jej, że nie jest sama. Jeśli podejmie leczenie - a będzie to chemia, bo na chirurgię się nie nadaje - będziemy zbierać kasę na zaawansowane technologicznie leki. Już się zmówiliśmy i mamy jakiś plan, ale nie mamy pojęcia, o jaki rząd wielkości chodzi. Czy to kilkadziesiąt tysięcy, czy kilkaset? Nie mamy pojęcia, co robić? Jak tu postępować? Myślałam, że lekarz powie, co trzeba zrobić, gdzie pójść, co badać, jak szybko należy działać i jakie są drogi postępowania. A tu nic. To tak jakby ktoś wysadził człowieka w puszczy amazońskiej.

20:10, lala.lu
Link Komentarze (14) »
wtorek, 14 maja 2013

Było nieźle. Deszcz w odpowiedniej chwili przestał padać, a to gwarantowało połowę sukcesu. Oczywiście, nie obyło się bez wpadek.

Najpierw zginął nam wianek. Nie wiem, gdzie wsadziłam, ale nie można było znaleźć za Chiny Ludowe. Zadzwoniłam rano do koleżanki i pożyczyłam od jej córki, która miała komunię trzy lata temu. Później okazało się, że nie kupiłam świecy do darów (ponoć miałam kupić), ale na szczęście na zakrystii się jakaś nowa znalazła. Wreszcie trzecia wpadka była taka, że katechetka dała dzieciom bukiet do wręczenia księdzu, a nie tak miało być i w efekcie zabrakłoby nam jednego bukietu, bo jako rodzice mieliśmy wręczać księdzu, katechetce i wychowawczyni. Na szczęście namierzyłam wzrokiem swojego wujka z bukietem dla mojej córki i po prostu zabrałam mu go, niczego nie zabrakło i nikt się nie zorientował.

Poza tym było pięknie. Wszystkie dzieci się zaangażowały i swoje role odegrały właściwie (rapu nie było, choć i tak siedziałam w napięciu, bo nigdy nie wiem, co wymyśli moje dziecko). Ksiądz nawiązał z dziećmi kontakt podczas mszy i faktycznie to one były bohaterami całego wydarzenia. Odpowiadały księdzu na pytania, choć nie zawsze tak jakby tego oczekiwał. No ale skoro zapytał, dlaczego spożywamy chleb, to odpowiedź "żeby zjeść dobre śniadanie", nie powinna dziwić. A gdy zapytał dzieci, czy są już głodne, to odpowiedziały mu zgodnym chórkiem "Nooo".

Trzeba przyznać, że było wzruszająco, choć trzeba też dodać, że dzieci nie potrafią śpiewać i ten fakt powinien dać do myślenia. Zwłaszcza katechetce.

Rodzice się wyciszyli i wspierali podczas uroczystości, bo też mieli sporo zadań: czytania, wręczanie darów, podziękowania etc.

Wspomniałam wcześniej, że zbieraliśmy się po 300 zł, to dużo, ale dzieci szło do komunii tylko 23, a za wszystkie elementy zwyczajowe trzeba zapłacić, np. dekoracja kwietna kościoła z bukietami do wręczenia to koszt około 1 tys. zł, fotograf - 800 zł, kamerzysta - 800 zł, za książeczki, świece i różańce zapłaciliśmy 1 tys. i tak się to zbiera. Co ciekawe, wino mszalne jest tanie - 22 zł, za to dobry winogron drogi - 36 zł. Za tzw. dary do kościoła, w tym wypadku były to dwa ornaty i podstawki do udzielania komunii (nie wiem, jak to się fachowo nazywa) zapłaciliśmy jakieś 1800 zł. Gdyby dzieci do komunii szła setka, koszt nie byłby odczuwalny.

Strój dziewczynki też kosztował prawie 300 zł, sama alba - 170, wianek (zaginiony) 40 zł i buty około 60 zł plus bielizna. To jest jednak w sumie drogi interes.

W domku na spokojnie zjedliśmy obiad, posiedzieliśmy do wieczora, pogadaliśmy i rodzina rozjechała się po domach. 

Moje dziecko zajęło się mikroskopem, pod którym oglądało nieżywą osę. Urządziła sobie pod biurkiem laboratorium i na aparacie nagrywała sekcję osy, objaśniając czynności. Pomagałam jej w roli laborantki. Musiałam myć płytki do przygotowywania preparatów i nastawiać ostrość. Ten mikroskop i aparat to były bardzo dobre prezenty. Mój tato złożył teleskop, ale jeszcze nie użyliśmy, bo byliśmy zbyt zmęczeni, żeby doczekać do wieczora i oglądać gwiazdy, a poza tym było zimno. Może dzisiaj się uda.

Katechetka nie odpuszcza mojemu dziecku 8 błogosławieństw i 5 przykazań, ma zaliczyć do końca roku szkolnego. Okay, choć łatwo nie będzie.

Młodsza dzielnie zniosła wyróżnienie Starszej. Skomentowała tylko, że gdyby przy okazji dostała pieska, to poczułaby się dużo lepiej. Puściłam mimo uszu.

Jeszcze nie odpoczęłam, dopiero czuję, jak stres tych wynikający z tych wszystkich przygotowań pomalutku odpuszcza.

 

17:10, lala.lu
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl