RSS
czwartek, 28 maja 2015

Jestem taka nieuważna... nadszedł koniec maja, a nie odnotowałam czegoś fajnego z początku miesiąca - z 2 maja.

Było to koncert flamenco, a właściwie spektakl muzyczno-taneczny, który odbył się we Wrocławiu z okazji warsztatów prowadzonych przez gwiazdę flamenco z Hiszpanii Juana Manuela Fernandeza Montoyę "Faraquitto". Całość zorganizowała wrocławska artystka Katarzyna Małecka "La Yedra", zapraszając wybitnych tancerzy z Polski oraz pieśniarkę z Andaluzji i towarzyszących gitarzystów i wiolonczelistkę.

Byłam, bo zaprosiła mnie koleżanka, skądinąd świetny naukowiec, która z pasją raz w tygodniu stuka obcasami i wywija spódnicą na kursie flamenco.

Mi się zawsze marzyło tango, ale Pan Mąż nie wyrażał chęci. Flamenco jest samodzielne, pełne ekspresji, dramatyzmu lub ironii. Można wystukać obcasami wszystkie emocje, wściekłość, rozczarowanie, miłość... Na pewno łatwe nie jest - wszystko musi być idealnie w rytmie. 

Niestety, nie można było robić zdjęć, więc te poniżej są słabe, bo zrobione nielegalnie bez nastawienia dobrej ostrości :(

I moja faworytka:

 

Tagi: flamenco
09:18, lala.lu
Link Komentarze (6) »
piątek, 22 maja 2015

Moni Katholiko jest zniewalający. Dociera tam naprawdę niewielu turystów. Zobaczyłam coś, co zasługuje na osobne potraktowanie - może dlatego, że sama ostatnio nie mam spokoju wewnętrznego a bardzo go pragnę. 

Tę samotnię zawieszoną na ścianie ze 30 metrów od dołu i drugie 30 od góry (mierzone na oko), dedykuję wszystkim, którym w umysłach - jak to Ktoś adekwatnie nazwał - szaleje sztorm.

Tagi: Kreta
12:50, lala.lu
Link Komentarze (2) »

Z klasztoru Agia Triada pojechaliśmy do Gouverneto, ale zastaliśmy drzwi zamknięte. Byliśmy raczej dostosowani strojem i zachowaniem, ale najwyraźniej mnisi mieli inne zdanie. Obejrzeliśmy klasztor z zewnątrz, w oddali zwierzęce zagrody, warzywnik, ogród. I wróciliśmy z powrotem.

Drogi były... jestem z siebie dumna:

Wróciłam tam po kilku dniach. Pozostali członkowie rodziny zapragnęli zostać przy basenie i pójść na plażę, dostałam więc wolne na osobistą wycieczkę - zresztą po niej, czyli po jakiś trzech godzinach, wróciłam po resztę i przyjechaliśmy tu razem.

Pominęłam milczeniem napis, który mówił, że szlak do Moni Katholiko jest permanentnie zamknięty:

Zeszłam przyjemną kamienną drogą do Jaskini Niedźwiedzia. To dawne miejsce starożytnego kultu, a później część chrześcijańskiej świątyni. Na środku stoi wielka studnia, a przy niej klęczy wielka postać - to ten niedźwiedź, który według legendy wypijał mnichom wodę i skamieniał w efekcie ich modlitw. Inna sprawa, że w starożytności było to ponoć miejsce kultu Artemidy - bogini leśnych ostępów, zwierzyny i łowów, a jednym z jej symboli i towarzyszy był właśnie niedźwiedź.

Jaskinia była magnetyczna:

W tej maleńkiej kapliczce paliło się "wieczne światło", stały i wisiały liczne ikony (Matko! Nikt nie ukradł!) oraz leżała misa z monetami.

Później zaczęłam schodzić w dół, dość krętą, wyłożoną kamieniami ścieżką, która prowadziła mnie już do Moni Katholiko. Naprawdę nie spodziewałam się takich widoków:

Tu fotka z dziewczynkami, gdy idę już drugi raz:

Zabudowania klasztorne wykorzystywały jaskinie i naturalne wyłomy skalne. Prowadziły do nich schody. To bardzo stary klasztor, jeden z najstarszych na Krecie. Założony prawdopodobnie w XI wieku i zamieszkiwany do XVI wieku - ponoć mnisi opuścili to miejsce, ponieważ byli nieustannie nękani przez piratów.

Niby opuszczone i zamknięte, ale we wnętrzu tej kapliczki paliło się "wieczne światło". W skałę wpuszczony jest portal renesansowy, ale zaraz za nim mieści się naturalna jaskinia:

W rogu tego mostu o szerokości chyba z 10 metrów dostrzegłam miejsce do zejścia w dół wąwozu, raczej rzadko uczęszczane. Trzeba było się trochę wysilić. Zeszłam.

Postanowiłam pójść wąwozem. Był całkowicie dziki i miał długość może 1,5 km:

Koniec wąwozu był faktycznie utopiony w morzu. Jejku, to wyglądało trochę jak fiord.

Wróciłam tą samą drogą, pojechałam po rodzinkę, która ufnie zgodziła się na wycieczkę. Do wąwozu już nie poszli, ale Moni Katholiko obejrzeli.

Tagi: Kreta
12:29, lala.lu
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 maja 2015

Odwiedziliśmy trzy klasztory znajdujące się na półwyspie Akrotiri. Dwa z nich były czynne.

Pierwszy wyglądał okazale i zapraszał do wnętrza. Ładnie, czysto - dom w kwiatach. Bardzo przyjemnie się tam przebywało:

Ci zakonnicy zajmowali się uprawą oliwek i winogron. Dookoła klasztoru rozciągały się gaje oliwne - niektóre bardzo stare a inne zupełni młode oraz pola winnej latorośli.

Efekty były widoczne :)

Właściwie to antyczność Krety można było odczuć, patrząc na te stare powykręcane drzewa oliwne. Mogły mieć naprawdę i po tysiąc lat. Dopiero to - a nie ruiny czegoś - uświadamia, że to miejsce jest kolebką europejskiej cywilizacji. Że tu był jakiś początek:

 

Tagi: Kreta
17:11, lala.lu
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 maja 2015

Najbardziej znanym wąwozem na Krecie jest Samaria. To najdłuższy nie rzeczny wąwóz Europy - mierzy 18 km długości, więc powiedzmy szczerze - nie nadaje się na małe nózie moich dziewczynek. Może jeszcze Ala dałaby radę, bo jest twardą zdobywczynią Rys, ale Dominia... 

Odpuściliśmy więc Samarię i powędrowaliśmy do Imbros. Liczy tylko :) 8 km, jest wysoki, stromy i piękny. 

Auto zaparkowaliśmy przy tawernie, w której pracowała miła Polka. Było wcześnie, ale daliśmy się namówić na kapitalne kiełbaski z koziego mięsa, sałatkę grecką z kozim serem, oczywiście chleb maczany w oliwie i gęsty jogurt do ichniejszych frytek (czyli świeżo skrojonych i wrzuconych na głęboką oliwę ziemniaków). Niebo.

Jak to jest, że młode na prostej drodze nie mają siły przejść stu metrów?

Widok był przecudowny.

Młode skakały po skałach i po drzewach jak kozice.

Buty powinny być trekkingowe, ale Dominia wie lepiej... 

Osioł był generalnie obrażony i nie dał się pogłaskać.

Odcinki wąwozu były różnorodne, niektóre fragmenty zaskakiwały.

Wyjście:

Na wylocie czekała nas tawerna, w której dwie miłe panie oferowały trzy rzeczy: napoje, pomarańcze i... taksówki.

To było oczywiste, że do parkingu, na którym zostawiliśmy auto, trzeba się jakoś dostać i nie będziemy wracać tym samym wąwozem. O możliwości wzięcia taksówki, która przewiezie nas przez Komitades, czytaliśmy w przewodniku. Nie wiedzieliśmy jednakże, że tą taksówką będzie terenowa toyota... Małżeństwo starszych Norwegów wpuściliśmy wspaniałomyślnie do środka, a sami zasiedliśmy na pace.

Bosz... co ten kierowca wyprawiał!!! Był u siebie... Jechał mniej więcej tak, jak ja po Wrocławiu...

Myśmy się dobrze bawiły i śmiałyśmy się przez całe 18 km drogi - wąskiej, krętej i nad przepaściami. Pan Mąż prawie dostał zawału. Nagrałam filmik, ale niektórzy nie wyrazili zgodny na publikację wizerunku, który może by trochę ucierpiał, bo Pan Mąż klął, na czym świat stoi.

Tagi: Kreta
10:31, lala.lu
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl