RSS
piątek, 20 maja 2016

Wychowawczyni Starszej zaprosiła nas na rozmowę, bo dostrzegła w Ali zmianę, która ją zaniepokoiła. Jednym z symptomów jest "pogorszenie się relacji z dziećmi". No więc pytam Alę, jak ona to widzi i Ala rozrysowuje mi na kartce system zależności w klasie:

W centrum stoi Jagoda i narzuca styl. Na najbliższej orbicie krąży Sylwia, która jest doradcą Jagody i osobą, która wypełnia luki intelektualne Jagodzie (daje zwalać na sprawdzianach). Następnie sytuuje się dwór Jagody złożony z grona wiernych wyznawców, którzy Jagodę naśladują i nie odstępują jej na krok. Czwarty krąg stanowią osoby, które pragną się dostać do dworu. Piaty krąg to indywidualiści, którzy wspierają dwór. Szósty krąg - złożony z trzech osób, wśród których jest Ala - to indywidualiści, którym cała struktura mocno przeszkadza i czują narastający bunt. Na samym końcu krąży planeta Michał, który ma na wszystko wyj*bane.

Jestem pod wrażeniem jej obserwacji i zdefiniowania tych zależności. Pytam, czy Ala źle się czuje?

- No wiesz, nie podoba mi się czasem, że o różnych tajemnicach dowiaduję się na końcu, kiedy cała klasa już wie.

- Jak to się odbywa?

- Jagoda zwierza się Sylwii. Sylwia w tajemnicy przekazuje informacje Ulce. Ulka wie, że nie powinna nic mówić, ale mówi Baśce. Baśka radzi się starszej siostry, a siostra jej mówi "powiedz komuś, bo nie wytrzymasz", no to Ulka mówi Faustynie - tu jest jeszcze kilka etapów, wreszcie któraś przekazuje Wiktorii. Wiktoria ma chłopaka, więc galopem rozchodzi się po wszystkich chłopakach. Dociera do Billego. Tu kółko się zamyka, ponieważ Billy pyta Jagody wprost, dlaczego tak powiedziała. Ale za chwile rusza nowa historia, ponieważ Jagoda opowiada Sylwii: "Wiesz, Billy mnie zapytał...".

W tym momencie zaczynam się śmiać.

- Ala, a jakie to tajemnice? Że Jagoda nie mogła znaleźć drugiej różowej skarpetki dzisiaj rano? Czy może, że nie smakuje jej owsianka?

- Nieee, że na przykład rozważa zerwanie z Billym.

No to już obie leżymy na podłodze ze śmiechu, ale Ala poważnieje:

- Denerwuje mnie to, a jednak wolałabym czasem być dopuszczona do tajemnicy wcześniej.

Rozumiem moje dziecko i to rozdarcie wewnętrzne. Znajduje się ona w miejscu klasowych zależności, które nie jest całkowicie miejscem samodzielnie wybranym - na to miejsce złożyła się nie tylko jej wolność wyboru, ale też zostało jej narzucone przez koleżanki - a to rodzi cierpienie.

- Co by cię uszczęśliwiło? - pytam.

Ala wymienia trzy rzeczy: lepsze wyniki w nauce (bo jednak lepsze stopnie budzą szacunek, a faktem jest, że jej wyniki pogorszyły się z uwagi na nasz rozwód i masę emocji z tym związanych), schudnięcie (ostatnio dostała trochę brzydkiego brzucha, a wygląd jest ważny), nowoczesny smartfon (w tym wieku dzieci patrzą na gadżety i ich popularność mierzona jest stanem posiadania).

Obiecałyśmy sobie, że te trzy rzeczy są w naszym zasięgu.

Tak naprawdę Alę uszczęśliwi pełna wolność wyboru, ale żeby ją mieć, muszą być spełnione atrybuty społeczne.

 

 

11:05, lala.lu
Link Komentarze (6) »
wtorek, 17 maja 2016

W niedzielę (15 maja) robiłyśmy za gwiazdy na planie filmowym w Łodzi. Film o Gettcie Warszawskim. Ma to być taki fabularyzowany dokument.

Pojawiłyśmy się o umówionej godzinie - w południe i stanęłyśmy w długiej kolejce do charakteryzacji. Kiedy przebiegło koło mnie coś małego w zakręconych warkoczykach, to tylko zapytałam z niedowierzaniem: - Dominika???

Ogólnie nie wiem, czy ta śmieszka nie popsuła im zdjęć, bo była z siebie bardzo zadowolona i dobrze się bawiła.

Ala bardziej wczuła się w rolę. Wiedziała, że ma być smutna, to była.

Siebie też nie poznałam. Zwłaszcza po make-upie. Ubrali mnie, uczesali i pomalowali czerwoną farbą na twarzy, szyi i dłoniach. Nawet paznokcie mi pobrudzili specjalną farbą - trzeba mi było nie szorować po ogrodzie...

Następnie zawieziono nas na ulicę w Łodzi, która była planem zdjęciowym. Nad całością górował dźwig z kamerą.

Oczywiście kazali wyłączyć wszystkie komórki, toteż foty strzelałam - jak i wszyscy inni - z ukrycia podczas przerw, czyli nie w momentach akcji.

Porozstawiano rekwizyty, każdemu przydzielono rolę. Mieliśmy być ulicą getta - ludźmi, którzy idą, spieszą się, kupują, rozmawiają, czytają gazetę... Ja byłam matką, która szuka dzieci, a dzieci z drugiego końca szukają matki, po czym znajdujemy się i je w pośpiechu odprowadzam.

Zimno było okropnie. I w zasadzie głodno. Nie schodziłyśmy z planu przez 7 godzin. W domu, jak coś mają zrobić, to słyszę, że "na głodniaka nie pracują", a tu zasuwały, jak się patrzy. Pani fotograf użaliła się nad moimi młodymi i przyniosła im reżyserską zupkę.

Marzły w te gołe nogi strasznie.

Dominia musiała zajrzeć wszędzie. Obie ze wszystkimi się pozaprzyjaźniały - dzieci ulicy.

 

O żesz, jaka to ciężka praca była. Dziewczynki później miały ganiać się po ulicy - to im w graj. Albo siedzieć na wozie.

Pod wieczór dzieci (nie tylko moje) tak się wczuły w rolę, że zjadły rekwizyt - to świeżutką chałkę z opuszczonego na chwilę stoiska "piekarza". I to było autentyczne, bo były strasznie głodne. Zupę zwaną obiadem jedliśmy dopiero około 20.00.

Do domu dojechałam dopiero około 24.00, następnego dnia nie byłyśmy do użytku. Zwyczajnie nie wstałyśmy z łóżek.

Tak czy inaczej przygoda przednia.

 

 

piątek, 06 maja 2016

To zasadniczo zaległy wpis, ale ponieważ wybieram się niedługo na inny koncert, wypada uzupełnić.

Kubańscy artyści występowali w lutym. Byłam na wrocławskim koncercie, dokładnie 24 lutego.

Te zachwycające, energetyczne havańskie rytmy znam od jakiś dwudziestu lat. Bardzo podobał mi się zawsze sam zespół - gromadka dziadków, który sobie, jakby zupełnie przypadkowo i ulicznie, grają i podśpiewują o radości życia, miłości itd. Wyobrażałam ich sobie wieczorkiem, po zachodzie usypiającego gorącego słońca, w jakimś pubie o odrapanych ścianach, jednym rodzaju trunku i na oścież pootwieranych oknach. Atmosfera luźna, taneczna... Filmu Wima Wendersa z 1999 roku nie oglądałam, nad czym ubolewam.

Na sali wrocławskiego centrum kongresowego było oczywiście inaczej. Goście sobie siedzieli i oglądali. Na scenę - ku mojemu zaskoczeniu - nie wyszła grupka dziadków, tylko całkiem młodzi muzycy. Dopiero zwróciłam uwagę, że Pasión de Buena Vista to nie jest to samo, co Buena Vista Social Club - rozczarowałam się. Ale przecież nie mogłam oczekiwać mojego ulubionego Ibrahima Ferrera, który zmarł w 2005 roku, w wieku 78 lat, ani cudownej Omary Portuondo, która ma 85 lat i raczej już nie koncertuje.

Jakoś zatrzymałam się w czasie i ten koncert - całkowicie moja wina - nie był tym, czego oczekiwałam. Mimo znanych piosenek, które śpiewali.

Inna sprawa, że na plakacie reklamowym widzimy stary skład w tle (tylko z jakiś powodów nie mogę wkleić niezabarwionego na różowo zdjęcia - kicha).

 

Tancerze natomiast nie podobali mi się w ogóle - zwyczajnie, słabi byli. Sam barwny i skąpy strój plus śliczne uśmiechy Kubanek oraz miłe dla oka muskularne ciała Kubańczyków nie wystarczą - choreografia była słaba, wykonanie "jak cie moge". A bilety tanie nie były - 200 zł.

środa, 04 maja 2016

O dobrze spędzonej majówce świadczą najlepiej moje niecałkiem czyste paznokcie. Nawet dwugodzinna wizyta na pływalni im nie pomogła.

I proszę, odpowiedni demotywator się znalazł:

Tylko gwałcić nie było kogo :(

Areacja lub wertykulacja trawnika jest robotą straszną. Jeszcze przejechanie wertykulatorem to pół biedy - chociaż ja mam elektryczny i bez napędu - ale wydrapywanie później tej trawy... o żesz k... Na szczęście robi się to zasadniczo raz w roku, czasem częściej.

Zakupiłam wypasioną łopatę. Nie, sama nie kopie, za co mój tyłeczek jest mi dozgonnie wdzięczny. A to obok, to kwiatki Ali na rabatkę.

Nie, nie mogę przejść obojętnie obok swoich tulipanów. Jak wariat robię im zdjęcia, a później sobie w pracy oglądam. Myślę, że to nieuleczalna choroba jest:

Ala może też podłapała:

Wyplewiłam wszystkie rabatki, zasypałam dziesiątkami worków kory, podsypałam nawozem iglaki, podlałam specjalną odżywką, obejrzałam wszystkie łodygi i liście...

To jest rabata na końcu ogrodu. Ma już chyba z 6 lat. Zasadniczo zimnozielona, tylko aronia tam jeszcze w samym środku rośnie. Rabata stanowi tło do mojego wrzosowiska. Na końcu wielka kalina - ile ona może mieć lat? Co najmniej 70, ale może być też poniemiecka.

Od kaliny biegnie długa na kilkadziesiąt metrów rabata. Dość wąska, ok. 1,5 metra szerokości. Ogranicza ją widoczna śliwa. Robiłam ją przez trzy lata, po kawałku. Oczywiście widzę już możliwości przekształcenia i rozwoju. Ale langsam, langsam. Kończy się rabatkowym półokręgiem, wyznaczonym koroną jabłoni. Widać też szczątkową ścieżkę, którą będę w tym roku poprawiać.

Tu ta sama rabata z innej perspektywy, z widoczną jabłonką. W tym roku dosadziłam dwa krzaki i trochę wysokich ostóżek i czosnków, żeby zasłonić pole za ogrodzeniem:

Zachwycałam się kwitnącymi jabłoniami i gruszami, choć bardziej cieszyło mnie brzęczenie pszczół:

A tu będzie warzywniak. Górę ściętych gałęzi pieczołowicie pocięłam na mniejsze kawałki i złożyłam w kartonach w garażu, resztki trzeba spalić, miejsce przekopać i posiać warzywa. Nie ma się co spieszyć, bo i tak czekamy na "zimnych ogrodników":

Fascynująca biografia Ryszarda Kapuścińskiego idzie mi powoli. Przegrywa z ogrodem. Sorry.

Tagi: ogród
12:38, lala.lu
Link Komentarze (18) »
Tagi
zBLOGowani.pl