RSS
czwartek, 27 czerwca 2013

Ja do Pana Męża:

- Wiesz, chciałabym trzymać żółwia.

- Lądowego czy wodnego?

- Obojętnie, raczej lądowego.

- A dlaczego właściwie?

- Bo żółw jakiś taki uspokajający jest.

- Acha. A co on robi w zimie?

- Nie wiem, chyba zapada w hibernację.

- Aaaaa, to bardzo uspokajający.

 

Pan Mąż do mnie:

- Chodź pokażę Ci coś w garażu.

- Co?

- No, to... - wskazanie oskarżycielskim paluszkiem na podłogę obsraną ptasimi kupami.

- Wiesz, ptaki czyszczą gniazdo i wyrzucają kupy piskląt na zewnątrz.

- To teraz masz.  - (początek zdania, który Pan Mąż sobie już odpuścił, powinien brzmieć: Mówiłem Ci, żeby nie dopuścić do budowy gniazda)

 

Ja do Pana Męża:

- Chodź, zobaczysz w necie, zidentyfikowałam te ptaki.

- I co to jest?

- Kopciuszki.

- Kopciuszki?

- Kopciuszki. Przeczytaj sobie.

(Czyta)

- Najlepsza wiadomość jest tak, że to ptaki wędrowne - konkluduje.

(Ma nadzieję, że nie wrócą następnej wiosny. Nie wyprowadzam z błędu)

 

Ja do Starszej:

- Wydaje mi się, że ta przybłąkana kotka będzie miała kociaki.

(Starsza skacze z radości)

- A może nie mów tacie - dodaję bez przekonania. I słusznie, bo Starsza natychmiast leci na górę.

- Powiedziałaś?

- Tak.

- I co?

- Tatuś powiedział, że się cieszy.

 

23:12, lala.lu
Link Komentarze (15) »
wtorek, 25 czerwca 2013

W niedzielę zaobserwowałam fascynujące zjawisko, które świadczy o tym, że zwierzęta pomagają sobie nawzajem i wyczuwają, kiedy naprawdę należy się podzielić żarciem.

Rubens jest naszym domowym kotkiem, dwulatkiem, w dodatku niewidomym (nie ma siatkówek - taka wada genetyczna), więc na podwórku do gadania nic nie ma. Jeść dajemy mu w domu albo pod studnią, ale pilnując, żeby obce koty go nie pogoniły od jego własnej michy. Rubensik, jak każde kalekie zwierzę, jest grzeczny i miły. Mówię o nim, że to najlepsze dziecko w tej rodzinie.

W pewnym momencie, zeszłego października, pojawił się Rudy - nie wiadomo skąd, stary, kastrowany kocur. Rudy goni Rubensa bezlitośnie i zawsze go podrapie. Nawet moje dzieci obchodzą go z daleka, bo generalnie nie jest przyjemny. Rudy domaga się jedzenia głośnym i kategorycznym miauczeniem i do domu wchodzi rzadko. Taki chropowaty indywidualista.

Natomiast w zeszłym tygodniu odnotowałam obecność trzeciego nieznanego kota. Wlazł nawet na strych, a później jak uciekał, to zdemolował mi cały korytarz. Myślałam, że to jakiś wielki kocur, w tymczasem to kotka - o wielkich, długich łapach.

Wreszcie w niedzielę ujawniła się pod studnią, gdzie na ogół stoją michy. Ale micha stała na schodach i zajadał z niej Rudy, a ja siedziałam obok. Kotka, zachęcana przeze mnie kićkaniem, wdrapała się po drugiej stronie balustrady i w napięciu wpatrywała się, jak Rudy wsuwa mięsko. Rudy na ogół nie popuszcza, a tym razem zjadł tylko połowę i spokojnie odszedł. Kotka rzuciła się na jedzenie. Byłam w szoku - normalnie się podzielił. Wstałam delikatnie, żeby jej nie płoszyć i powędrowałam po jeszcze jedną porcję. Zjadła ją prawie razem z miską. Dała się pogłaskać i nawet wziąć na ręce.

Oczywiście w poniedziałek przyszła znowu. Pan Mąż skomentował: - Już się rozniosło po wsi, że tu dają darmowe żarcie.

Starsza była zachwycona: - Tatusiu, mamy trzeciego kota!

- To sobie miejcie - odpowiedział tatuś, a ja spadłam z krzesła.

Spadłam albowiem odnotowałam ewolucję u Pana Męża, jaka dokonała się na przestrzeni 7 lat. Wprowadzając się do tego domu, Pan Mąż zawyrokował, że pierwszy dzień kota w tym domu, jest jego dniem ostatnim. A tu proszę.

A teraz sesja:

Okay, Rubensowi należy się lepsze zdjęcie (wymienię):

 

Rudy wypada lepiej na zielonej trawie, ale nie mogę coś znaleźć zdjęcia, które zrobiłam mu.

Kotka - jeszcze bezimienna:

To niejedyna nowa lokatorka w naszym domu.

CDN

 

 

16:08, lala.lu
Link Komentarze (18) »
sobota, 22 czerwca 2013

Jest po urodzinach. Bolą mnie nogi i gardło, ale przyjęcie wypadło nieźle. Przyszła połowa zaproszonych dzieci, czyli kilkanaście. Powodzeniem, bardziej niż trampolina, cieszył się taki namiot, którzy się rzuca, a on się sam rozkłada i można go łamać we wszystkie strony. Więc dzieci ładowały się do namiotu i turlały w nim po całym ogrodzie. Zachowałam luz psychiczny.

Wymyśliłam im grę terenową, trochę na wzór Fort Boyard.

- Skąd weźmiesz węże i robaki? - zapytało starsze dziecko, kiedy przedstawiłam jej projekt.

Włochate pająki by się znalazły w piwnicznych otchłaniach, gdzie od siedmiu lat nie zaglądam, ale miałam inny pomysł.

Dzieci zostały podzielone na dwie grupy: chłopcy-Rekiny kontra dziewczyny-Jaguary. Pierwszych dwóch kluczy obie drużyny szukały pod kamieniami w ogrodzie. Musieli kierować się wskazówkami, które znajdowali zapisane na małych karteczkach pod kamieniami. Czasem pisało tam, że nic tu nie ma, szukaj dalej albo ja nic nie wiem. Przegoniłam je po całym ogrodzie tam i z powrotem, bo kamieni mam sporo na rabatach, pod drzewami, wokoło ogniska i wszędzie były wypisane karteczki... Obydwa klucze znalazła drużyna dziewczyn. Druga konkurencja polegała na tym, że obie drużyny szukały kluczy na dwóch równoległych uliczkach, przy czym mieli wskazówkę, że klucz nie leży. Obie drużyny znalazły, ale dziewczyny pierwsze. W trzeciej konkurencji obie miały pozbierać najpierw porozrzucane uprzednio przeze mnie kulki kolorowego papieru, wygrywała drużyna, która pozbierała więcej: było 52 do 99 dla dziewczyn. Zaś klucze były ukryte u sąsiadki, która powiesiła je w klatkach królików i trzeba było się nie bać i najpierw zauważyć ten klucz, a później otworzyć klatkę i go szybko wyciągnąć. Króliki były młode i niegroźne. Obie drużyny zdobyły po kluczu. Wszyscy dostali prezent  postaci lodów na patyku.

Chłopcy pouczyli mnie, że w przyszłym roku chcą tymi kluczami otwierać jakieś skrzynie ze skarbami, wiec gdybym mogła się postarać...

Gra zajęła godzinę z kawałkiem. Ponadto dzieci obowiązkowo zwiedziły całą chałupę, od parteru po strych - do piwnicy na szczęście nie zeszły. Bawiły się w chowanego, kopały piłkę, jadły dużo lodów (kupiłam wafle do lodów i osobno kartoniki z lodami, i nakładałam im kulki), dużo trójkątów arbuzowych i paluszków, nie skusiły się na hot dogi.

Na koniec mieliśmy zabawię z mikroskopem. Dzieci łowiły komary i oglądaliśmy ich poszczególne fragmenty w dużym powiększeniu.

Całość zajęła około 4 godzin. Dzieci były absolutnie niezmordowane, nawet komary za mocno nie pogryzły - nie nadążały za biegającymi ciałkami.

Za tydzień czeka mnie powtórka z rozrywki, bo przyjęcie ma młodsza. W sumie to lubię, jak dzieciaki przychodzą i coś się dzieje, bo mogę poobserwować, jak wyglądają relacje społeczne moich dzieci. Starsza to suweren i rządca, a Młodsza - pierwsze skrzypce w orkiestrze.

Acha, Młodsza wykręciła numer w przedszkolu: namówiła kolegę, żeby ściągnął majtki i pokazał siusiaka. Pokazał, więc i ona pokazała. Została ukarana całodniowym pobytem w grupie maluchów, co ponoć jest karą najgorszą z możliwych oraz dywanikiem u pani dyrektor. Pan Mąż, który tego dnia odbierał ją z przedszkola i wysłuchał relacji, odpowiedział:

- Mnie moje dziecko od trzech lat molestuje, że mam jej pokazać siusiaka...

Nie wiem, co pani na to wyznanie, ale policja jeszcze do nas nie zapukała.

22:02, lala.lu
Link Komentarze (13) »
środa, 19 czerwca 2013

Czy komuś zdarza się świadomie przepłacić? Czy tylko mi?

Zawsze robiłyśmy z córkami ręcznie zaproszenia urodzinowe, tym razem nie było kompletnie czasu i pojechałam wczoraj do papierniczego i kupiłam takie małe karteczki-wizytówki z kopertkami, jak czasem dodaje się do prezentów. A że moje dzieci w zapraszaniu koleżanek i kolegów mają rozmach, to musiałam zakupić tych karteczek 30. Zapłaciłam 75 zł. Wiedziałam, że głupio robię, że to kompletnie bez sensu, że trzeba było kupić dwa duże, kolorowe brystole po 5 zł, pociąć na małe formaty i na każdym nakleić białą kartkę z wypisanym tekstem zaproszenia. Z pełną świadomością i poczuciem winy za rozrzutność brnęłam w ten zakup.

Oczywiście, dziewczyny były zadowolone i natychmiast zabrały się za wypisywanie. Starszą północ zastała przy tej robocie. Gdyby nie wycieczka dzisiaj, to na pewno nie wstałby do szkoły, ale jak się zaprasza 20 osób... Młodsza zgarnęła 10 zaproszeń i mówi, że to nie fair.

W najbliższą sobotę i następną czeka mnie nalot szarańczy. Mam już w tej kwestii pewne doświadczenie... Pan Mąż też ma - zawsze się po angielsku wycofa do swojego gabinetu. 

Jeśli chodzi o moje doświadczenie, to wiem na przykład, ile dzieci zmieści się jednocześnie na trampolinie. Wiecie ile? Tyle, ile przyjdzie.

Wiem też, ile trzeba kupić lodów. Otóż, bardzo dużo i różnych.

W zeszłym roku zrobiłam mapę i dzieci musiały po całej posesji szukać kolejnych wskazówek, żeby dojść do skarbu, którym była ukryta w pewnych krzakach torba pełna jajek-niespodzianek. Ten numer zostawię dla urodzinowej ekipy mojej Młodszej. Coś natomiast muszę wymyślić dla starszych. Ale co? Może ktoś ma jakiś pomysł?

 

15:26, lala.lu
Link Komentarze (15) »
wtorek, 18 czerwca 2013

W kwestii dbania o siebie:

http://www.medsos.pl/p/Czy-warto-owijac-nogi-folia-spozywcza-11835

ale jeszcze niewypróbowane.

Pamiętam, że w szkole średniej koleżanki owijały folią brzuchy przed wieczornymi biegami - ja nie, bo miałam wklęsły (dziś by się przydało, więc może się skuszę).

Wreszcie wypróbowujemy teleskop - komunijny prezent Starszej, ale nam nie idzie. Coś źle ustawiliśmy i szukacz nie jest kompatybilny z główną tubą, to znaczy w szukaczu widzę księżyc, a w tubie nie. Wczoraj przez chwilę udało mi się ustawić główną tubę teleskopu na księżyc i poprawnie ustawić ostrość - widok kapitalny! Widać było powierzchnię, kratery... Ale zaraz mi się wszystko rozjechało. Bawiłam się do północy, komary mnie zjadły, ale jednak potrzebuję fachowej pomocy, instrukcja zbyt enigmatyczna. Może ktoś wie, jak ustawić teleskop?

A w ogrodzie...

pamiętacie brzydkie miejsce?

w trakcie:

po zmianach:

Miejsce niepozornie wygląda, ale ma 10 m2. Skopałam, usunęłam chwasty i kępy trawy, wcześniej jeszcze usunęłam stąd krzaki malin, które przeniosłam gdzie indziej. Trzeba było dosypać sporo torfu, nawet więcej niż myślałam, bo po usunięciu zarośniętej warstwy rabata się obniżyła. Za rabatą do widocznej w oddali kaliny mamy 15 m, które właśnie zaczęłam kopać. Do końca czerwca chciałabym tam coś posadzić. Coś zimnozielonego, co będzie tłem wrzosowiska. Całość muszę jeszcze pokryć korą.

Chciałam zrobić zdjęcie mojej róży, ale nie zdążyłam. Wczoraj zastałam liczne płatki róży na podjeździe. Pytam groźnie Młodszej, co to jest, a ona mi na to:

- Jak to co? Święty, święty, Pan Bóg zastępów!

Odpadłam.

 

Tagi: ogród
13:36, lala.lu
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl