RSS
poniedziałek, 29 lipca 2013

O zwiedzeniu zamku w Niedzicy marzył Pan Mąż. Pojechaliśmy i zamek nas nie zawiódł.

Już wcześniej słyszałam legendę o inkaskiej księżniczce poślubionej przez węgierskiego dziedzica tego zamku, która zginęła zasztyletowana w niejasnych okolicznościach, ukrywszy uprzednio kipu z informacją zatopionych w Peru skarbach Inków. Żeby chronić syna, ojciec oddał go na wychowanie i zmienił mu nazwisko na Benesz. Kipu odnaleziono, ale później znów zginęło. Taka tragiczno-romantyczna historia. Wysłuchaliśmy też innych, zwłaszcza tej o więzionym w tych lochach Janosiku.

Zaskoczyła nas informacja, że na tych terenach odrabiano pańszczyznę do 1931 roku. A w 2007 roku, w wieku 104 lat zmarł mężczyzna, który jeszcze tę pańszczyznę odrabiał. Trochę nam to nie pasuje do wiedzy ogólnej, ale Spisz i Orawa to takie szczególne ziemie, podobnie jak Ziemia Kłodzka, o historii, która opiera się powszechnym procesom.

O ile Niedzica przeważnie była węgierska, o tyle po drugiej stronie Dunajca Zamek Czorsztyn należał do Polski. Niestety, zostały tylko ruiny.

Dzisiaj powędrowaliśmy do Doliny Kościeliskiej. Dzieci już wyraźnie zmęczone całokształtem. Wcale się nie dziwię, bo dziennie robiliśmy przeważnie ok. 20 km. Nawet jeśli Domcia połowę drogi siedziała "na barana", to i tak nastukała małymi nóziami sporo kilometrów. Zamiast 1,5 godziny do Schroniska na Ornaku, szliśmy trzy,

zaliczając przy okazji wszystkie dziury

i robaki

napawaliśmy się krajobrazem, którego zdjęcia nie są w stanie oddać

W schronisku dzieci zjadły obowiązkową kiełbachę i skusiły się na pierogi z owocami. W drodze powrotnej podeszliśmy krótkim szlakiem do Smerczyńskiego Stawu, nad którym chętnie pozostalibyśmy długo, ale czas nie pozwalał. Ominęliśmy też Jaskinię Mylną, ponieważ nikt nie pomyślał o zabraniu latarek, oraz Jaskinię Mroźną - brakło już czasu. Poszliśmy natomiast do mojego ukochanego Wąwozu Kraków.

Nie pisnęłam słówkiem, na czym polega wejście do Smoczej Jamy. Dzieci były zachwycone i pierwsze pognały na drabinę i łańcuchy. Pan Mąż tylko westchnął.

 Kiedy otoczyła nas ciemność (bo po co zabrać latarki), a ściana okazał się bardzo śliska, Domcia szepnęła, że się trochę boi, ale podpierana przez mamusię dzielnie sobie poradziła. Ala oczywiście była na przodzie, a Pan podążał na końcu, zabezpieczając tyły.

Po tym wysiłku moczyliśmy nogi w zimnym potoku i ruszyliśmy na parking, żeby nie uciekła nam kolejna obiadokolacja - placki zbójnickie (czyli po węgiersku).

Jutro wyjeżdżamy.

  

20:26, lala.lu
Link Komentarze (7) »
niedziela, 28 lipca 2013

Siedzę na balkonie, piwko piję i cieszę się, że wreszcie trochę leje. A leje w słońcu. Upał był nie do wytrzymania. Wyskoczyliśmy dzisiaj tylko w Pieniny do Niedzicy, żeby zwiedzić zamek. Zanim opowiem o tym, co było wczoraj, zacznijmy od przedwczoraj.

W sumie raczej nie lubię Doliny Chochołowskiej. Szeroka jak autostrada, pełna ludzi, bryczek, czasem i samochód po niej przejedzie. Nic się nie dzieje. Jednak poszliśmy, bo Pan Mąż bardzo pragnął zapoznać dolinę. Kawałek nawet podjechaliśmy traktorkiem wystylizowanym na ciuchcię z wagonikami, bo dzieciom na jej widok rozbłysły oczęta. A 5 zł od łebka za traktor to nie to samo, co 3 stówy za ewentualną dorożkę.

Wysiedliśmy na Polanie Huciskiej, czyli mniej więcej w połowie drogi i od razu napotkaliśmy pasące się nieopodal stado owiec. Moje dziewczyny podbiegły, a ja podeszłam do górala, który akurat znalazł grzyba:

- A co tam znaleźliście? Kozaka?

- Jakiego kozaka! RYDZA!

- Ależ będzie dobra kolacja!

- Dla teściowej też mam. Bardzo ją lubię - I wyciągnął z torby wielkiego muchomora. - Mam dzisiaj dobry humor, możecie pójść zrobić sobie zdjęcia z owcami.

- Dzięki! - Pognałam za swoimi dziećmi.

I pies pasterski przypadł moim dzieciom do gustu

Gdy góral zobaczył, jak moje pogoniły owce, stwierdził, że może je przyjąć do roboty na resztę wakacji. Od razu się zgodziłam z myślą, że po służbie u górala będą chodzić jak w zegarku. Niestety, żartował.

Poszliśmy dalej, podziwiając bacówki i udając, że nie znamy tego wrzeszczącego dziecka.

Dominia chciała się dostać na barana i wrzeszczała "że wszystko jest głuuupie". Napatoczył się drugi góral z dorożką. Oboje przyglądaliśmy się, jak Pan Mąż walczy z dzieckiem i próbuje przekonać je do powstania z ziemi.

- Na takie zachowanie to ja mam relanium - rzekł góral.

- Tak, tak, ja jej zaraz pokażę tego bata.

- Kiedyś tego nie było, gdybym tylko krzywo popatrzył, to by mi ojciec tak odwinął, żebym wiedział, gdzie moje miejsce. A teraz to dzieciaki rządzą, bo chyba nam jeść dają.

- No, widzicie.

- Jakby teraz klapsa dać, to zaraz powiedzą, że molestowanie albo co...

Tatus z Dominią nadszedł, a ja jej pokazałam górala, który pogroził batem. Szła dalej jak zaklęta.

W schronisku tłok był okropny i wielka kolejka do bufetu. Mieliśmy czas, żeby się rozejrzeć. Na ścianie widniała wyrzeźbiona w drewnie krótka informacja o tym, jak w 1945 roku kilku górali (nazwiska wymienione) pod niemieckim ostrzałem i podczas śnieżycy przeprowadziło przez Tatry do Doliny Chochołowskiej czterech ranny partyzantów i czterech żołnierzy radzieckich oraz dwie słowackie sanitariuszki. Akcja ratunkowa trwała 48 godzin w głębokim śniegu i przy straszliwym mrozie. Pomyślałam wtedy, że to jednak lud twardy i odważny, i że tych lepszych cech jest więcej niż tych, które mierzą.

W tym schronisku, nie pamiętam dobrze, w którym roku, ale chyba w 1983, papież Jan Paweł II spotkał się z Lechem Wałęsą. Komuniści nie zgodzili się, żeby papież pojechał do niego do Gdańska, ale przystali na spotkanie w górach.

Nieco powyżej schroniska mieści się miniaturowy kościółek i maleńka kaplica. W kościółku ponoć młode pary góralskie chętnie biorą śluby. A w kaplicy jest wystawiona księga, w której można napisać, o co prosi się Boga. Starsza - widoczna na zdjęciu -  napisała, że prosi, aby Bóg pomagał wszystkim biednym na świecie (moja kochana altruistka).

Najbardziej jednak rozwaliła mnie historia, którą Pan Mąż przeczytał w przewodniku Pascala i opowiedział mi podczas spaceru. Otóż, w pierwszej połowie XIX w. górale wykupili te tereny od Austrii, ale że chłopi nie mogli być oficjalnie właścicielami gruntów, zakupili je na księdza, który później nie chciał im ich oddać. Sądzili się z nim przez 50 lat, aż wreszcie odzyskali ziemie na własność. W 1954 r. powstał Tatrzański Park Narodowy, ale komuniści nie odebrali oficjalnie praw własności góralom z ośmiu wsi, którzy znów się sądzili z władzą państwową już w wolnej Polsce. Czyli sądzą się prawie 200 lat. Efekt jest taki, że Doliną nie zarządza do końca TPN, a Wspólnota Ośmiu Wsi. I można nie podziwiać górali za wytrwałość?

Wracaliśmy na wypożyczonych rowerach. Młodsza jechała ze mną.

Dominia zapragnęła odpocząć i zobaczyła wymierne korzyści płynące z pozostania na cały dzień  z tatusiem. Ja uznałam, że potrzebuję wysokich gór, a moje starsze dziecko postanowiło mi towarzyszyć.

I tu zaczyna się opowieść adekwatna do tytułu.

Podjechałyśmy autem do Łysej Polany, podeszłyśmy później do wejścia nad Morskie Oko. Żeby zaoszczędzić czas i siły, zdecydowałyśmy się na wjazd wozem. Górale obsługujący trasę nad Morskie Oko, to najgorszy typ, jaki spotkałam. Obok nas siedzieli Węgrzy, którzy zapłacili stówę, a dziad nie wydał im 20 zł reszty, tylko palił głupa.

Podjechałyśmy prawie do Morskiego Oka, w schronisku wypisałyśmy kartki pocztowe do rodziny z pozdrowieniami i poszłyśmy dookoła już znaną nam trasą. Następnie wspięłyśmy się do Czarnego Stawu. Byłam później zaskoczona, kiedy przeczytałam w przewodniku, że Morskie Oko ma 51 m głębokości, a Czarny Staw 76 metrów. To więcej niż średnia głębokość Bałtyku. Obeszłyśmy Czarny Staw, notując w pamięci jego mieszkankę - kaczkę.

I ruszyłyśmy do góry. Tak, tak, diabeł podkusił i zaatakowałyśmy Rysy (2503 lub 2499 m n.p.m. - ja lubię tę pierwszą wersję).

Informacja pokazuje, że z Czarnego Stawu droga powinna zająć około 3 godzin 20 min. Jak sięgnę pamięcią, wspinałam się kilka razy, nie zawsze z sukcesem, bo czasem gwałtowna zmiana pogody zmuszała do szybkiego zejścia. Nigdy jednak nie zajęło mi to dłużej niż trzy godziny. Tym razem szłam z ośmioletnią dziewczynką, która stawia mniejsze kroki, no i ja mam jednak te 15 lat więcej. Osiągnięcie szczytu zajęło nam 5 godzin.

Pogoda była wspaniała, choć dwa razy pokropił lekki deszcz. Wówczas zatrzymywałyśmy się, żeby zobaczyć, jak ukształtują się warunki. Były naprawdę doskonałe, nigdy takich nie miałam.

Gdy doszłyśmy do wiecznej zmarzliny, czyli zalegającego śniegu, Starsza zaczęła zbierać go do butelki. Miała świadomość, że się roztopi, ale postanowiła brudną wodę zanieść do szkoły. Musiałam dźwigać w plecaku.

 

 Spadek formy dziecko zaliczyło na półce przed łańcuchami. Musiała poleżeć, ale wcale jej się nie dziwię, wszyscy tam odpoczywają, a dojście do tego miejsca po kamieniach było bardzo uciążliwe.

 

Siły odzyskała, kiedy dotarliśmy do łańcuchów. Okazały się atrakcją. Z każdym metrem do góry było jednak coraz trudniej, a wchodzenie zamieniło się w prawdziwą wysokogórską wspinaczkę. Ala wchodziła pierwsza, a ja ją asekurowałam. Podciągałam się dopiero wtedy, gdy ona chwyciła kolejny łańcuch. Z nami wspinała się Martyna (ok. 18 lat) i pan (ok. 50 lat). Wpieraliśmy się. Najgorszy był ostatni odcinek, kiedy to trzeba było przejść bardzo wąską grań, a następnie przejść nad szczeliną. Człowiek leży wówczas na prawie pinowej ścianie. Alę miałam wówczas tuż przed sobą, a jej nogi między swoimi. Oczywiście, dziecko zainteresowało się w tak zwanym między czasie małym pająkiem, który łaził dziarsko po grani. Tym sposobem dostałyśmy się na właściwy szczyt.

 

Siedziało na nich z 10 osób, towarzystwo międzynarodowe - Polacy, Węgrzy i Słowacy. Było miło, ale niedługo, nie dłużej niż 15 minut, ponieważ zamiast o 15.00, dotarłyśmy tu o 17.00. Martwiłam się tym faktem. Posiedziałyśmy, rozejrzałyśmy, pożartowałyśmy z innymi i ruszyłyśmy do zejścia.

Widok na Tatry po słowackiej stronie. Nie jestem pewna, czy najwyższa widoczna tu góra to Gerlach.

Schodziłyśmy mozolnie, ponieważ Ala bała się schodzić tyłem. Tym razem ja byłam pierwsza i niżej czekałam na nią, zabezpieczając. Znów nie byłyśmy same. Przed nami oddalała się grupa kilku chłopaków, a za nami schodziło starsze małżeństwo i Martyna z bratem, a jeszcze dalej kilka innych osób. 

Nie mam zdjęć z tych trudnych fragmentów wspinaczki tam lub z powrotem. Teraz trochę żałuję, ale w tamtych chwilach nie myślałam o fotach. Aparat siedział w plecaku i nie przeszkadzał.  

Schodziłyśmy o godzinę krócej, dwa razy Ala zaliczyła wymiękanie, ale zawsze się mobilizowała. Odetchnęłam trochę, gdy dotarłyśmy do Czarnego Stawu. Poobserwowałyśmy chwilę kaczkę z kaczętami i wydrę, po czym ruszyłyśmy dalej. W schronisku Nad Morskim Okiem tłum studentów jadł, bawił się, rozkładał do snu. Ala zjadła podwójne frytki i ruszyłyśmy w dół. Przed nami było około 9 km asfaltówki. Dziecko miało nadzieję na wóz konny, ja - na cud. Była 21.30 i zapadł zmrok.

Ponieważ mam więcej szczęścia niż rozumu, cud się zdarzył. Obiecałam, więc nie mogę zdradzić szczegółów. W każdym razie w domu znalazłyśmy się godzinę później, całe, zdrowe, wykończone i dumne.

Moja Koziczka ledwo się przebrała w piżamę i bez mycia wpakowała do łóżka. Nie nalegałam.

Na marginesie dodam, że trasa nad Morskie Oko nie zasypia. Usłyszałam, że ludzie wędrują do góry i w dół przez całą noc, łażą też nieoznaczonymi szlakami po bokach, na co ja się nigdy nie zdecydowałam.

Dziś było 30 stopni upału. Nogi nas bolały, więc z wdzięcznością przyjęłyśmy zmianę planów, którą litościwie zaproponował Pan Mąż i zamiast do Doliny Kościeliskiej, pojechaliśmy zwiedzać zamek w Niedzicy.

Acha, brudną wodę, która zrobiła się ze śniegu, wylaliśmy dzisiaj do toalety. Mąż słusznie zauważył, że nie wiadomo, jakie tam siedzą pierwiastki, więc lepiej się tego pozbyć. Nie wiem, jak to wytłumaczymy dziecku.

 

 

20:54, lala.lu
Link Komentarze (11) »
piątek, 26 lipca 2013

Po dwóch ciężkich i wspinaczkowych dniach Pan Mąż zarządził, że wjedziemy sobie kolejką na Kasprowy Wierch (1987 m n. p. m.) albowiem połowę rodziny bolą nogi.

Dotarliśmy do ogromnej kolejki w pół do dziesiątej i usłyszeliśmy od ludzi, że stać będziemy około pięciu (PIĘCIU!!!!) godzin. Najpierw Pan Mąż poszedł dowiedzieć się o ceny biletów. Okazało się, że bilet rodzinny za 150 zł jest na wjazd i zjazd, gdybyśmy chcieli tylko wjazd, to niestety na taką opcję nie ma biletów rodzinnych i płacimy 160 zł. Trudno mi było pojąć logikę - za dwie strony płacę o 10 zł mniej niż za jedną, ale okay.(Później sprawdziliśmy jeszcze, jak to się kształtuje w internecie i wyszło, że zapłacilibyśmy 190 zł). Nie mogłam uwierzyć w te pięć godzin czekania i podeszłam do ludzi przed schodami na zwiad. Powiedzieli, że stoją od 8.00 (a było już w pół do 11.00) i będą czekać jeszcze dwie godziny. Czyste szaleństwo.

Przypomniał mi się system wejść do Jaskini Niedźwiedziej na Dolnym Śląsku (na marginesie, zapraszam, bo to niezwykły cud natury). Tam należy rezerwować bilety tylko on-line i z wyprzedzeniem, bo do jaskini może dziennie wejść ograniczona liczba ludzi z uwagi na wytwarzane ciepło i dwutlenek węgla. Ale efekt jest taki, że przyjeżdżamy i nikt się nie pcha ani nie czeka w jakiś gigantycznych korkach.

Zrezygnowaliśmy i poszliśmy niebieskim szlakiem do Hali Gąsienicowej (1508 m n.p.m.) poprzez Boczań (1208), następnie Skupniów Upłaz (tu Pan Mąż dostawał zawału, bo znowu szliśmy wąską ścieżką nad urwiskami). Jak np. tu (panny oczywiście się nie bały):

aż do Wielkiej Królowej Kopy (1531):

wreszcie dotarliśmy do Hali Gąsienicowej (1508), z której rozpościerał się wspaniały widok. W schronisku Murowaniec dzieci wypiły kakao i zjadły kiełbachę.

Powróciliśmy do Wielkiej Królowej Kopy (wnosiłam Młodszą na barana i czuję, że mam odpust zupełny na najbliższe 12 miesięcy), następnie schodziliśmy żółtym szlakiem Przełęczą między Kopami, zaliczając straszliwe stromizny. Wreszcie dotarliśmy do Doliny Jaworzynki, którą spokojnie powróciliśmy do punktu wyjścia (na przodzie Starsza z tatusiem):

W każdym razie znowu zaliczyliśmy 20 km, a miał być lajcik :)

Pan Mąż się nie poddał. Przestudiował wieczorem mapę i przewodnik, po czym zarządził wycieczkę do Chochołowa, czyli do dość szczególnej wsi na Podhalu. Szczególnej z wielu względów historycznych. Z mieszkańców Chochołowa i okolicznych wsi rekrutowali się chłopi do piechoty wybranieckiej Stefana Batorego (XVI w.), z którą pokonał cara Iwana IV. W nagrodę król dał rodzinom góralskim z Chochołowa wolność. Po raz drugi Chochołów zasłynął w 1846 r., gdy górale wzniecili powstanie przeciw władzy austriackiej.

Kamień przed pięknym neogotyckim kościołem przypomina o tym fakcie:

 

Obecnie ta wieś to taki żywy skansen. Pozostała stara, ciasna zabudowa domów mających po 250-300 lat, w których ciągle mieszkają ludzie. Mieści się tam, w jednej zagrodzie, małe muzeum, po którym oprowadziła nas bardzo miła i wiekowa już góralka. Opowiedziała nam, jak żyli górale, pokazała najróżniejsze sprzęty, mówiła, czego współcześni mieszkańcy wsi już nie potrafią. Było to bardzo ciekawe.

Bardzo mi się spodobały te rośliny pod oknami:

Współczesna zabudowa nawiązuje do dawnej. Domy są większe i bardzie urozmaicone. Szkoda tylko, że dachy kryte są często blachą, a zamiast płotów drewnianych mamy metalowe siatki (przydałby się architekt krajobrazu i program odnowy wsi):

 

I tu:

 Psina przed tym domkiem co wyżej:

Oczywiście, jadąc tam, trochę się pogubiliśmy i wylądowaliśmy początkowo w zupełnie innej wsi, do której zjechałam po krętej drodze, nachylonej o 9 stopni (czyli bardzo dużo). Zatrzymaliśmy się przed sklepem, żeby zapytać o drogę i (ja) otrzeć pot z czoła. Tam moje dzieci zaznajomiły się natychmiast i zjadły wspólnie lody z pięcioletnią góraleczką, która tak pięknie mówiła gwarą, że nie mogłam się od niej oderwać. Dzieci dogadywały się bez przeszkód. Jeśli chodzi o gwary, to w naszym domu wczasowym poznały też gwarę górnośląską. Wdaliśmy się raz w pogawędkę z innym małżeństwem, gdzie ona starała się mówić literacko, ale on rozwinął przed nami wszelkie dobrodziejstwa języka górnoślązaków. Ja wdychałam z przyjemnością, a dzieci słuchały z rozdziawionymi buziami. Mamy niezłą lekcję.

Oczywiście, dzień na Chochołowie się nie skończył. Było jeszcze dużo czasu do kolacji, więc Pan Mąż (zaznaczam, że nie ja) zaproponował, że pójdziemy Doliną Strążyską do Siklawicy, czyli takiego pięknego wodospadu:

Zanim tam dotarliśmy, Młodsza próbowała wleźć na barana, a ponieważ stanowczo odmawiałam, darła się na całą dolinę: Wyyy mnieee nieee kochacieee yyyyy! Całe Tatry ją słyszały, a wszyscy ludzie oglądali się za nami, a przechodzące matki z grzecznymi dziećmi patrzyły współczująco i rozumiejąco. Jakoś doszliśmy. 

Później Pan Mąż miał ideę, żeby powędrować Ścieżką nad Reglami do kolejnej dolinki. I tu zaczął się prawdziwy survival, bo podejście i zejście były koszmarnie długie i strome. Tego dnia wymyśliłam i opowiedziałam ze szczegółami pięć legend o duchu gór: 1) o tym, jak trolle ukradły duchowi gór zaczarowane buty, 2) o tym, jak piękna góralka nie została żoną ducha gór, 3) o tym, jak baca chciał oszukać ducha gór i został ukarany, 4) o tym, jak duch gór przepędził rozbójników, 5) o tym, jak duch gór opiekował się małymi dziećmi górali. Dzieci szły zasłuchane i nie czuły trudu (ja czułam, zasychało mi w gardle).

Dolina Białego wynagrodziła nam wszystkie niedogodności. Jest przepiękna. Uważam, że chyba najpiękniejsza ze wszystkich. Przywodziła mi na myśl "Piknik pod Wiszącą Skałą". Wracaliśmy urzeczeni (ja z Dominią na barana):

 

Znów miał być lajcik, a wyszło inaczej, bo pokonaliśmy 15 km. Nie zdążliśmy na kolację i panie z kuchni coś tam nam odgrzewały. Pan Mąż stwierdził, że daje sobie jeszcze jedną szansę. To było dzisiaj, ale opowiem może jutro.

 

19:42, lala.lu
Link Komentarze (7) »
środa, 24 lipca 2013

Wzięłam lapka, ale dopiero teraz zajrzałam. Szalejemy po szlakach. Pogoda piękna (tfu, tfu).

Doliną Strążyska powędrowaliśmy na Giewont (1894 m n.p.m.). Na turniach Młodsza uznała, że ma dość i Pan Mąż litościwie (i chętnie) zdecydował się z nią zejść. Zaś my ze Starszą, dzielną i wspaniałą, poszłyśmy dalej. Okazało się, że pod samym szczytem trzeba stać w kolejce pół godziny, żeby się dostać i posiedzieć pod krzyżem. Gdy tylko weszłyśmy, od razu dziewczyna nas poinformowała, że tu koniec kolejki do zejścia. Na samiutkim szczycie siedzi 200 osób. Naprawdę, 15 lat temu tego nie było, jeśli siedziało 5 osób, to już uważałam, że tłum. Gdyby nie Starsza, która jest z siebie dumna, nie pchałabym się. Wracałyśmy Doliną Małej Łąki. W sumie 23 km.

Na szczycie Giewontu

Byliśmy też nad Morskim Okiem - na piechotę. A później dookoła jeziora. Tęsknym okiem popatrzyłam na Rysy, ale nasza ekipa się nie bardzo nadaje... Wracaliśmy najpierw na piechtę, ale w pobliżu wozów Młodsza odmówiła współpracy i (ja niechętnie) wsiedliśmy na wóz konny. Góral zabiera ok. 14-20 osób, pod górę wóz jedzie ponoć 1,5 godziny a w dół - 0,5. Te biedne konie, jak obserwowaliśmy, ledwo ciągnęły na niektórych fragmentach. Pod górę - 40 zł od osoby, w dół 30 - to też rozbój w biały dzień. Podliczyliśmy, że jeden wóz zarabia 4 tys. dziennie, robiąc pięć kursów. Tego dnia też zrobiliśmy 20 km.

Po co łazić po brzegu, skoro można po kamieniach.

A tu ja, lekko podmęczona.

No, rodzina goni mnie na basen. Mamy tu basen!!! I dżakuzi!!! Zrobię foty i zdradzę miejsce, naprawdę warto tu przyjechać.

 

18:39, lala.lu
Link Komentarze (15) »
sobota, 20 lipca 2013

Walizki zapakowane i nawet umieszczone w bagażniku. Spokojnie ogarniam dom, żeby nie wracać do bałaganu, za chwilę zamknę się w łazience na dłużej.

Luksus spokoju przed wyjazdem na wczasy zdarza mi się pierwszy raz w moim rodzinnym życiu. Zawsze, ale to zawsze, z jakby niezależnych przyczyn zaczynałam pakowanie w pośpiechu wieczorem przed wyjazdem, kończyłam w nocy i spałam trzy godziny. Wszystkiemu towarzyszyły nerwy. A dziś jest inaczej. Może dlatego, że wzięłam urlop trzy dni wcześniej? A może dlatego, że jak nigdy zaczęłam od siebie?

Jedziemy samochodem, więc wzięłam mnóstwo rzeczy, np. kalosze dla dzieci, ubrania letnie i ciepłe - w końcu wysokie góry. Nawet składane parasolki zapakowałam. W latach młodzieńczych, kiedy z plecakiem trzeba było zmieścić się do totalnie zapchanego pociągu, a później dźwigać go kawał drogi, rządził minimalizm.

Kupiliśmy mapy i kilka przewodników, żeby się trochę wykształcić. Starsza zabiera trzecią część "Magicznego drzewa" Maleszki, a Młodsza... po cichu wyciągnęłam z walizki kolekcję kilkunastu koników pony, ale coś muszę jej zabrać.

Aparaty mają naładowane akumulatory i wyczyszczone karty. Lokomotiv, zwany kiedyś aviomarinem, leży na stole i przypomina o swoim istnieniu (grunt, żeby rano przypomniał). 

Koty wikt i opierunek znalazły u sąsiadki.

Lapek prosi, żebym go zabrała. Waham się.

 

19:23, lala.lu
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3
Tagi
zBLOGowani.pl