RSS
piątek, 29 lipca 2016

Artur Domosławski KAPUŚCIŃSKI. NON-FICTION, Świat Książki 2010.

Dużo czasu zabrało mi przeczytanie biografii Ryszarda Kapuścińskiego, bo książka przegrywała z ogrodem, w którym codziennie - o ile nie wyjeżdżam - się zanurzam.

Artur Domosławski stworzył biograficzne arcydzieło. Jak dobry pisarz opisywał swojego bohatera i jego czasy oraz jak dobry dziennikarz przy każdej okazji zadawał pytanie "dlaczego tak się dzieje?" i szukał odpowiedzi. Znajdował nierzadko niejedną odpowiedź. Traktował swojego bohatera życzliwie: bez wystawiania na piedestał i bez strącania do piekła, starając się za wszelką cenę zrozumieć działania, motywacje, okoliczności, cechy... Nie pozostawiał czytelnikowi wiele mówiących, czyli nic niemówiących haseł, ale cierpliwie wyjaśniał zawiłości polskiej historii, np. sytuacji z marca 1968 r. nie kwitował krótkim "Marzec 1968" (i wszystko niby wiadomo), tylko wyjaśniał w toku narracji okoliczności polityczne, decyzje i ich konsekwencje oraz... sytuację swojego bohatera w tym czasie. To bardzo cenne w tej książce: panorama Polski i świata w XX wieku - trochę mi to przypomniało powieść XIX-wieczną.

Jaki wyłonił się Ryszard Kapuściński z tej biografii? Fascynujący. Złożony: bohaterski i wylękniony jednocześnie, świadomy swojej ponadprzeciętności a zarazem przekonany o tym, że ciągle musi coś komuś i sobie udowadniać. O wyjątkowej wrażliwości, obrazowym - dość romantycznym spojrzeniu, umiejętności słuchania drugiego człowieka i współodczuwania razem z nim jego losu.

Za swój sukces zawodowy i osobowościowy (gdyż jego zawód był jego ogromną pasją) zapłacił wielką cenę - nie miał dobrego kontaktu z córką, która nawet zmieniła nazwisko nie chcąc mieć z ojcem nic wspólnego. Nie miał dobrego kontaktu z wnukiem. Żona o swoim mężu mówi zaś w książce niewiele (why?). Pojawiały się natomiast liczne kobiety w jego życiu, na chwilę lub na dłużej. Zakochiwał się i odkochiwał.

Za te rozdziały o osobistych sprawach Ryszarda Kapuścińskiego Artur Domosławski trafił do sądu oskarżony przez żonę Kapuścińskiego - Alicję o naruszanie dóbr osobistych. Z kolejnych wydań książki zniknęły ponoć (na szczęście mam pierwsze, kompletne wydanie) niektóre fragmenty i rozdziały. Szkoda. Jako dziennikarz Domosławski miał prawo chronić źródło (czyli nie ujawniać nazwiska wieloletniej kochanki Kapuścińskiego), może nie miał prawa - jako dziennikarz - "wchodzić z butami" w intymność rodziny, ale jako pisarz-biograf - jak najbardziej tak. Przynajmniej tak myślę. Chciałam widzieć i zobaczyłam Kapuścińskiego z każdej strony. Tylko całokształt pozwala na rozumienie.

Artur Domosławski chyba też to w ten sposób widział:

"- I ty to wszystko napiszesz? - pyta koleżanka reporterka, gdy powiadam o niektórych odkryciach.

- A mam inne wyjście?" [s.416].

Przez całą biografię przewija się wątek gatunku literackiego, którym się Ryszard Kapuściński posługiwał - reportażu literackiego, a w tym kontekście jedna z podstawowych kwestii w pisarstwie Kapuścińskiego - czy reportażysta może pozwolić sobie na konfabulacje? czy w tekście może dorysować łzę, której w rzeczywistości nie było? Gdzie są granice tej konfabulacji? Gdzie są granice stwarzania własnej legendy?

Artur Domosławski cytuje Adama Daniela Rotfelda - polskiego dyplomatę, badacza stosunków międzynarodowych, który tak scharakteryzował Kapuścińskiego: "Miał niezwykły talent zmysłowego odbierania rzeczywistości, potrafił pisać o zapachach, dostrzegać fakturę rzeczy. Był pisarzem zmysłowym, nie intelektualnym, a większość ludzi odbiera świat przede wszystkim zmysłowo. Doskonale wczuwał się w losy prostych ludzi, rozumiał ich świat, a potem umiał trafnie opisać ich historie. Czytelnicy na innych kontynentach odnajdywali się w tych opowieściach (...). Jego pisanie przełamuje granice gatunków: są w nim elementy reportażu, refleksji filozoficznych, fikcji" [s. 400-401].

Gorąco polecam każdemu tę znakomitą biografię znakomitego pisarza.

Ryszard Kapuściński (był przystojny, nie da się ukryć)

Tu jako starszy pan

Artur Domosławski - autor biografii

Zapisz

poniedziałek, 25 lipca 2016

Dzień Włóczykija był w sobotę - 23 lipca 2016. Ale wtedy ogarniałam ogród i wykłócałam się z sąsiadką, która połamała mi brzozy (wystawały i zamiast powiedzieć, że jej nagle po latach przeszkadzają, zmasakrowała).

Dzień został należycie uczczony w niedzielę - 24 lipca. Pojechałyśmy więc w Góry Sokole, będące częścią Rudaw Janowickich. Wdrapałyśmy się na Sokolik (642 m.n.p.m.), na szczycie którego znajduje się skała granitowa o wysokości 30 m (raj dla wspinaczy) z żelaznymi schodami.

 

Później wbiegłyśmy na Krzyżną Górę (654 m.n.p.m.) i - w przelotnym deszczu - zeszłyśmy do Szwajcarki - drewnianego XIX-wiecznego schroniska.

 

A że dzień wcale się nie skończył, podjechałyśmy do Bobrowa popatrzeć na ruiny jednego z najpiękniejszych pałaców Dolnego Śląska (w rękach prywatnych, nic się nie dzieje), następnie zjadłyśmy deser w innym pałacu - w Wojanowie.

Pałac w pobliskim Wojanowie spotkał dużo łaskawszy los.

Pojechałyśmy jeszcze pochodzić wokół Kolorowych Jeziorek - jednego z najpiękniejszych miejsc Rudawskiego Parku Krajobrazowego.One są kolorowe od związków metali - siarki, miedzi itp. Powstały w kopalnianych wyrobiskach.

Dla nas to oczywiście był lajcik, ale dla siedmiolatka, którego zabrałyśmy ze sobą - wyprawa.

To jeziorko w słońcu jest lazurowe, a w deszczu szmaragdowe.



poniedziałek, 18 lipca 2016

14 lipca 2016

Wczoraj się wypogodziło i spokojnie przewędrowałyśmy przez prześliczne Góry Stołowe. Czerwony szlak wiedzie obok skalnych grzybów - szkoda, dużo ciekawszy jest w tym miejscu żółty szlak. Na szczęście go znamy z innych wypraw.

Pozostawiając plecaki pod opieką pani od grilowanych oscypków wbiegłyśmy na ulubiony Szczeliniec (ostatnim razem byłyśmy tu w lutym). Tutaj tłumy turystów, a zwłaszcza dzieci, dlatego odpuściłyśmy sobie przejście przez skalne labirynty - znamy je dobrze. Ale naleśników z pieczarkami, serwowanych w schronisku, nie odpuściłyśmy.


Później zeszłyśmy do Karłowa i przez górę Ptak, Lisi Grzbiet, bok Skalniaka, objadając się jagodami (ja), dotarłyśmy do Błędnych Skał. Znowu porzuciłyśmy plecaki przy kasie i zrobiłyśmy sobie przyjemną wycieczkę.


Dalej czerwony szlak wiódł przez centrum Kudowy Zdrój, pełen restauracji i jedzących turystów, odwiedziłyśmy aptekę i sklep, po czym mozolnie, wzdłuż drogi powędrowałyśmy do Dańczowa na nocleg. Akurat leje i to ostro. Zasięg to ja tu łapię tylko na chwilę - dobre miejsce na leczenie internetowego nałogu.

15 lipca 2016

Nieoczekiwanie śpimy już we własnych, prywatnych łóżeczkach :)Dzisiaj rano w Dańczowie, niedaleko Kudowy Zdroju, na próżno czekałyśmy, aż przestanie tak intensywnie lać. To żadna sztuka zmoknąć w ciągu 5 minut do majtek i nieść tę wodę razem z plecakiem. Pogoda "pod psem" ma być aż do soboty.

Postanowiłyśmy wrócić do Świeradowa Zdroju, czyli do punktu wyjścia, po auto. Pan z agroturystyki dowiózł nas do Lewina Kłodzkiego, gdzie złapałyśmy autobus do Wałbrzycha. Tam wsiadłybyśmy elegancko do pociągu, gdyby drzewo nie zwaliło się na trakcję kolejową. W totalnej ulewie kilkoma autostopami dostałyśmy do Karpacza. Stamtąd autobusem do Jeleniej Góry - Cieplic, a następnie drugim autobusem do Szklarskiej Poręby. Kierowca autobusu zadzwonił po swojego znajomego taksówkarza, który odwiózł nas po rozsądnej cenie do Świeradowa. Moje kochane, wierne autko czekało na swoją pańcię tam, gdzie pańcia zostawiła. Toteż już wygodnie wróciłyśmy do domku, przed chwilą.

Przeszłyśmy w ciągu 9 dni 240 km, z plecakami ważącymi ok. 45 kg, przez 11 pasm górskich. Na szlak wrócimy najszybciej, jak się da. Natomiast nie wiem, jak ja się jutro obudzę bez gór :(

Dziękujemy wszystkim, którzy nas wspierali i wirtualnie towarzyszyli nam w tej wyprawie. Było nam miło, że mogłyśmy dzielić się naszymi wrażeniami.



Zapisz

Zapisz

12 lipca 2016 r.

Dotychczas wędrowałyśmy z zachodu na wschód, ale wczoraj szlak zmienił kierunek i od Przełęczy pod Szeroką prowadzi nas mniej więcej z północy na południe. Ale zanim: z Rzeczki wyruszyłyśmy o misce owsianki z nadzieją, że zjemy w Schronisku Sowa, tymczasem okazało się ono zamknięte. Jednak dwie głodne i zdeterminowane kobiety nie odpuszczą tak łatwo. Pukałyśmy, stukałyśmy, aż młody chłopak nam otworzył, dał chleb (pasztet miałyśmy ze sobą na czarną godzinę) i wrzątek na herbatę. Opędzlowałyśmy mu jeszcze bar z nielicznych ciastek. Wdrapałyśmy się na Wielką Sowę,

Stamtąd zeszłyśmy do Schroniska Zygmuntówka na kiełbaski i powędrowałyśmy na Kalenicę, z której rozciąga się przepiękny widok na Przedgórze Sudeckie i na środku Masyw Ślęży.

Następnie przez Żmija, Popielak, Przełęcz Woliborską, szczyt Szeroka, a potem Przełęcz pod Szeroką, szczyty Malinowa, Gołębia, idąc wzdłuż murów Twierdzy Srebrnogórskiej, dotarłyśmy na nocleg do Srebrnej Góry. Jednym słowem przeszłyśmy całe Góry Sowie. Ostatni odcinek dał w kość, bo szłyśmy drogą wysypaną tłuczniem, czując każdy krok w mózgu.

13 lipca 2016

Dziś wpis że sporym opóźnieniem, bo w osadzie Studzienno nie było w ogóle zasięgu. Ze Srebrnej Góry wyruszyłyśmy wczoraj przed 10.00, bo lało. W siąpiącym deszczu dotarłyśmy do leśniczówki w Czerwieńczycach, a później przez Garb Dzikowca powędrowałyśmy do Słupca. Prawdziwą golgotę miałyśmy przy podejściu na Górę Wszystkich Świętych do Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej z 1680 r. - odpokutowałyśmy tam za wszystkie grzechy.

Później przez Ścinawkę Średnią skierowałyśmy się do Wambierzyc - Bazyliki Nawiedzenia NMP (tego dnia było, jak widać, zupełnie religijnie). Przemierzałyśmy pasmo Gór Bardzkich o glebie czerwonej od dużej zawartości żelaza. Powiedziałabym, że góry takie sobie, gdyby nie zejście uprawnymi stokami - dawno, ja - mieszkanka wsi, ale miasta - nie widziałam czegoś tak pięknego: bezkresnych pól porośniętych złotym już zbożem, i maków, i chabrów... W oddali piętrzyły się charakterystyczne Góry Stołowe.

W Wambierzycach spotkała nas przygoda - rozkopali nam szlak na długości stu metrów z powodu rur. Rowu strzegło 6 hydraulików. Nie udało im się odwieźć nas od przejścia, więc dżentelmeńsko postanowili nam pomóc: jeden szedł w rowie, żebyśmy się przypadkiem nie stoczyły, dwóch szło, odgarniając krzaczory dzikich róż, a dwóch z tyłu gotowych zareagować w razie jakiegoś nieszczęścia - czułyśmy się bezpiecznie i kobieco.

Z Wambierzyc ruszyłyśmy na nocleg do osady Studzienno - kiedyś to była wieś, ale niemal zupełnie się wyludniła, a po domach nie ma już ani śladu. W nocy lało i teraz też leje - próbujemy iść.

10 lipca 2016 r.

No to jesteśmy w Górach Kamiennych i będziemy nimi wędrować dziś przez większość dnia.

A wczoraj zwiedziłyśmy Krzeszów - trzecie okazałe opactwo cysterskie na Dolnym Śląsku, perła baroku polskiego.

Dostałyśmy niespodziewany bonus - zmotoryzowany turysta zaproponował nam, że podwiezie nas do wsi Grzędy, tam zostawimy w sklepie bagaże i odwiezie z powrotem na szlak. Dzięki temu genialnemu pomysłowi Górę św. Anny zdobywałyśmy bez obciążenia. Czułyśmy się nie jak skórzane worki wypełnione materiałem kostno-mięsno-podrobowym, ale jak baloniki z helem.

W Grzędach odebrałyśmy plecaki i przez prawie szczyty Suchej Góry, Lesistej Wielkiej i Ostros, otrzepując się solidnie z atakujących stad kleszczy, dotarłyśmy do stóp Stróżyska na nocleg.

Przedwczoraj spałyśmy w "Uldze", wczoraj w "Betlejem", dziś w "Edenie" - co o tym myśleć.

11lipca 2016 r.

Ciągle idziemy, choć nic nas tak nie zabiło jak wczorajsze podejście z Sokołowska na Bukowiec - wąskie, śliskie i cholernie strome, dobrze, że czasem można się było drzewa przytrzymać.

Zeszłyśmy do schroniska Andrzejówka na naleśnika z jagodami (nie wiem, czemu porcja to jeden naleśnik) i podążyłyśmy przez Góry Suche - Turzynę, Jeleniec, Rogowiec do Jedlinki.

Zajrzała nam bowiem w oczy śmierć głodowa i perspektywa bezdomności, bo nikt nie chciał od nas karty, tylko wszyscy pragnęli gotówki, a ta nam się bezkompromisowo skończyła. W sekundę zatrzymałyśmy stopa - nie wnikam, czy zadziałał tu urok osobisty czy godny pożałowania wygląd - i w Jedlinie Zdroju wyczyściłyśmy bankomat, po czym zostałyśmy odwiezione na szlak. Stamtąd pomaszerowałyśmy - już Górami Sowimi - do Rzeczki na nocleg.

 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl