RSS
czwartek, 29 sierpnia 2013

Ilenka zachęcała na swoim blogu, więc poszliśmy wczoraj. Spróbuję nie opowiedzieć filmu, żebym tym, co jeszcze nie widzieli, nie psuć niespodzianki.

W każdym razie, jestem zachwycona.

Po pierwsze, nie ma w filmie ani jednej słabej roli. Nawet jakieś trzecioplanowe "buraki" wypadły kapitalnie. Cate Blanchett, która gra tytułową Jasmine, doskonale potrafiła pokazać swoją postać w ogromnej skali zmiennych emocji, które targały bohaterką, w zależności od sytuacji, w której się znalazła.

Jasmine poznajemy, kiedy przylatuje do San Francisco, do swojej siostry Ginger osamotniona i spłukana. Była żoną jakiegoś milionera, którego oszustwa finansowe wyszły na jaw. Przepadł majątek, a mąż w więzieniu się powiesił. Żona przeszła załamanie nerwowe i próbuje stanąć na nogi. Ale kompletnie sobie nie radzi: przyzwyczajona do luksusów ląduje w małym i brzydkim mieszkaniu siostry, gardzi jej znajomymi z niskich sfer, brzydzi się pracą na etat, chce się uczyć, ale nie daje rady... Nie wiadomo, jak to się wszystko zakończy. Człowiek czeka w napięciu.

Minione życie Jasmine poznajemy poprzez retrospekcje. Rzeczywiście żyła w luksusie, ale i w ułudzie. Bogaty i przystojny mąż - typowy samiec alfa -  rozpieszczał ją i zdradzał, trzymał z dala od interesów, w których ona nawet nie chciała się orientować. Biedna. Piękna, kochająca, bardzo elegancka i z klasą. Padła ofiarą.

Wreszcie coś miłego ją spotyka, poznaje faceta na wysokim poziomie, ale wstydzi się powiedzieć mu, jaki spotkał ją los. Trochę więc zmyśla - mąż nie biznesmen tylko chirurg, nie powiesił się w więzieniu tylko zmarł na zawał, ona jest dekoratorką wnętrz, a nie dopiero będzie się uczyć... i takie tam. Niestety, szybko wychodzą na jaw.

Pod koniec filmu nagle się czegoś dowiadujemy. Aż mnie korci, żeby powiedzieć, ale nie powiem. Czegoś, co całkowicie zmienia optykę widza. Moją zmieniło. Zatkało mnie.

Film jest głęboko poruszający.

W świecie tego filmu, bo nie chciałabym powiedzieć, że w naszym świecie, ludzie nie są ze sobą dlatego, że się kochają i chcą sobie nawzajem siebie dawać, ale dlatego, że siebie potrzebują. Drobna różnica, ale jest. Kiedy Jasmine odnajduje przybranego syna, nie mówi mu, że go kocha, tylko że go potrzebuje. Nowy facet Jasmine chce z nią dzielić życie, ale nie mówi jej, że ją kocha, tylko widzi klasyczną piękność przy swoim boku, co w karierze bardzo mu pomoże. Ginger porzuca swojego chłopaka, gdy tylko pojawia się na horyzoncie ktoś jakby stabilniejszy, ale szybko wraca, gdy okazuje się, że tamten ma żonę.

W świecie tego filmu ludzie nieustannie się oszukują, nie są wobec siebie szczerzy. Tylko że Ginger wyciągnęła wnioski - została oszukana i szybko doceniła porzuconego narzeczonego, który może jest burakiem, ale przynajmniej ją kocha i nie okłamuje. Jasmine - nie wyciągnęła wniosków - została oszukana przez pierwszego, ale oszukała drugiego.

Kolejne przesłanie jest takie, że niszczy nas brak konsekwencji. Albo się zgadzamy, albo nie. Nie można przymykać oka, bo nam wygodnie, a pewnego dnia obrócić się o 180 stopni i nie przyjąć skutków tego obrotu. Dla Jasmine była to lekcja, z której jednak nic nie zrozumiała.

Wreszcie, choć to chyba najmniej istotne w tym filmie, dotknięty jest tu wątek ludzkiej zależności. Jasmine była tak zależna od męża i od bogactwa, które zwalniało ją od konieczności rozwoju, że kiedy została nagle sama, nie potrafiła sobie poradzić.

W tym wszystkim najbardziej zdumiewa mnie fakt, mój osobisty, że od początku do końca czuję do głównej bohaterki sympatię.

 

21:09, lala.lu
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 sierpnia 2013

Dopadł mnie jak nic. Dzieci nie ma już bite dwa tygodnie. Najpierw były u cioci przez tydzień w górach. Zabraliśmy, wypraliśmy i dwa dni później rozjechały się po babciach.

- Tęsknisz za mamą? - pytam Starszą, która z moją mamą pojechała nad morze do Dziwnowa.

- Trochę... - odpowiada przeciągle.

- ....., a ja za Tobą bardzo.

- Muszę kończyć, bo coś tam, masz babcię.

- Czekaj, a kiedy przyjeżdżasz?

- W ostatni dzień lata. Pa!

- Co?!

Koniec połączenia.

A Młodsza? Nawet nie gada przez telefon, rozbija się z teściową po aqua parkach i nie kwapi do domu.

 

Aaaaaaaaaaaaaa, moje malutkie misiaczkiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii, gdzie one sąąąąąąąąąąąąą!!!!!!

 

Pan Mąż mnie pocieszył:

- Nie martw się, w przyszłym tygodniu będziesz miała syndrom domu wariatów i syndrom bałaganu.

- Dzięki, od razu mi lepiej.

 

Przez te wyjazdy nie dokończyłam rabatki, którą zaczęłam jeszcze w lipcu. Obiecuję sobie w tym tygodniu.

Tymczasem kwitnący hibiskus:

 

Wrzosowisko w sierpniowo-wrześniowej odsłonie:

 

Tagi: ogród
22:51, lala.lu
Link Komentarze (18) »
sobota, 24 sierpnia 2013

Góry Suche to pasmo w Sudetach Środkowych, są ozdobą Wałbrzycha, a ich niektórymi szczytami biegnie polsko-czeska granica. Pojechaliśmy tam dzisiaj. Pan Mąż znalazł dwie górki do zdobycia, ale nie przypadkiem, tylko na liście PTTK.

A lista PTTK stała się dla na ważna, ponieważ zostały dla wszystkich członków rodziny zakupione książeczki PTTK, do których będziemy zbierać pieczątki i przygotowywać reportaże z fotografiami w celu zdobycia odznak. Najpierw mamy zdobyć 22 szczyty, aby zdobyć odznakę "Korona Sudetów" a przy okazji 100 szczytów na odznakę "Włóczykija". Takie zrobiliśmy sobie rodzinne hobby.

Dzisiaj więc dojechaliśmy do schroniska Andrzejówka - kawałek za Wałbrzychem, przejeżdża się przez teren czynnej kopalni grysu (też ciekawe doświadczenie). Na parkingu pozostawiliśmy samochód i powędrowaliśmy na Waligórę (936 m n.p.m.).

 

Bardzo przyjemna trasa, zupełnie nieuciążliwa, jeśli nie pójdzie się szlakiem żółtym od razu w górę, tylko szlakiem niebieskim łagodnie okalającym górę. Oczywiście, w pewnym momencie i tak trzeba podejść ostrzej, ale bez trudności.

 

Z Waligóry ruszyliśmy niebieskim szlakiem na Ruprechticky Szpiczak (881 m n.p.m.).

 

Podejrzanie łagodnie było do pewnego momentu, aż nagle zaczęło się bardzo ostre podejście, około 140 m prawie pionowej i wyślizganej ścieżki w górę. (Całe szczęście, że to nie ja wymyśliłam tę trasę).

Jednak warto było podejść. Ze szczytu rozciągał się przepiękny widok, zwłaszcza na polską stronę. Na szczycie znajduje się wysoka wieża widokowa, ale nie wchodziliśmy.

Po znacznym zbliżeniu w aparacie można było dostrzec zarys mojej ulubionej Ślęży.

 

Z powrotem poszliśmy czarnym szlakiem. Na ścieżce widziałam nawet jak traszka upolowała ćmę - duży owad walczył odważnie. Oczywiście, zaczęłam rozpaczliwie wyciągać aparat, ale zanim wyciągnęłam, to traszka zwiała, porzucając ofiarę.

W sumie zmęczyliśmy się i wróciliśmy do domu, zahaczając o Ikeę, gdzie wstąpiliśmy na obiad - pierogi z  kurkami, polane sosem kurkowym (ja) oraz pulpeciki z ziemniakami i gotowanymi brokułami (Pan Mąż).

Wycieczka była super.

 

21:01, lala.lu
Link Komentarze (7) »
wtorek, 20 sierpnia 2013

Jeśli ktoś mi powie, że mam nie zostawiać poważnej roboty na ostatnią chwilę. To prychnę i odpowiem "co nagle, to po diable". Napisałam kilka tekstów do gazety, bo chciałam być do przodu i czuć tzw. luz psychiczny. Poczułam jak sto pięćdziesiąt. Siadł mi komputer i klasycznie straciłam wszystkie dane. Pewnie byłyby do odzyskania w prosty sposób, gdybym nie zabrała się za to sama. Jak zaczęłam kombinować, tak straciłam wszystko w sposób nieodwracalny. Komputer wycofał się do stanu z grudnia 2010 r. Oddałam go specjalistycznej firmie z nadzieją, ale po analizie stwierdzili, że mogą spróbować za jedyne 2700 zł netto i bez gwarancji - "coś tam się może odzyska. Ale ile? Tego nikt nie wie". Uprzejmie podziękowałam i od zeszłego tygodnia zbieram się w sobie. Bo mam, k..., gazetę wydać na czas.

(Ostatnią archiwizację zrobiłam w marcu 2013 roku, ale najbardziej zależało mi na rzeczach z ostatnich dwóch miesięcy) 

Tylko spokój może mnie uratować.

 

Boli mnie żołądek, tak dużo mamy roboty, a połowa zespołu na zasłużonych urlopach. Koleżankę na wczasach potrącił i mocno poturbował rower, więc wypoczynek zamieniła na zwolnienie lekarskie. Szybko się nie zobaczymy. Bardzo dużo rzeczy musi być gotowych w różnych nieprzekraczalnych terminach od 1 do 30 września. Zrobiłam w kalendarzu listę z 14 pozycjami i stawiam przy każdym punkcie plusiki, jeśli tylko coś uda się pchnąć kawałeczek do przodu. Odhaczyłam już trzy punkty. (Każdy taki punkt ma od kilku do kilkunastu podpunktów). 

Na drzwiach jednej firmy przeczytałam: Staramy się dla Państwa robić nawet rzeczy niemożliwe, ale w sprawach niektórych cudów prosimy się zwrócić do najbliższej parafii.

No, dobrze, ponarzekałam, nakręciłam się, teraz do roboty!

 

Acha, pan z ekostraży przywiózł naszego jeża. Mały usiadł w trawie, wystawił ryjek w naszą stronę i nawet nie uciekał. Przyniosłam mu miseczkę z mięskiem. Pan rozejrzał się po okolicy i powiedział, że szuka rodziny zastępczej dla czterech jeży, które trzeba już wypuścić na wolność. Nie ma sprawy, może przywieźć, sąsiedzi też dokarmiają, źle tu jeżom nie będzie. (Dobrze, że nie chciał dać mi psa).

 

Ps. Niezmiennie polecam: www.miluszkowo.pl

 

 

21:38, lala.lu
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Ujmę to tak: bitych 10 lat upraszałam Pana Męża na wycieczkę na Ślężę (ok. 750 m n.p.m.). Bez skutku i bez dobrych rokowań. Aż tu nagle w jedne wakacje Tatry, Karkonosze (Śnieżka) i góry Kotliny Kłodzkiej... i plany... Normalnie jestem w szoku, ale jestem też zadowolona. Coś się dzieje i to coś fajnego.

Do rzeczy. Jak większość Polaków wzięłam urlop w piątek, 16 sierpnia. Pan Mąż nie musi brać urlopu, bo ma wakacje. Dwa dni wcześniej z trudem znaleźliśmy w necie wolne miejsca noclegowe - w Kudowie, w Gościńcu Hotelu Verde Montana. To znaczy nie w samym Hotelu, który ma cztery gwiazdki i przy dwóch nocach by nas zrujnował - a przy siedmiu wcale nie - tylko w pokojach umieszczonych nad klubem Barakuda przy Hotelu, czyli w tzw. Gościńcu. Oczywiście, ten klub dyskotekowy zauważyliśmy dopiero po zarezerwowaniu i opłaceniu, więc zapowiadało się hardkorowo.

Wyjechaliśmy w środę rano do Kletna.

Naród ruszył na weekend chyba już we wtorek po południu, ponieważ tłoczno nie było, ale bezstresowo też nie, bo wyjeżdżały nam na drogę maszyny rolnicze. Policja z rzadka się pokazywała, ale ciągników ze szpikulcami i nożami w pełnej gotowości na drodze krajowej nie dostrzegała. 150 km, zgodnie z przepisami, zajęło 3 godziny.

W Kletnie do zwiedzania jest przede wszystkim Jaskinia Niedźwiedzia - arcydzieło natury, które oglądaliśmy z dziewczynami rok wcześniej. Tym razem jednak naszym celem była wiodąca spod samej Jaskini trasa na Śnieżnik (1425 m n.p.m.). To najwyższy szczyt Sudetów Wschodnich. Szlak jest wygodny i spokojnie można zabrać dzieci. Łączy się on czasem z trasą rowerową, wiodąc przez las. Po 1,5 godziny dochodzi się do Przełęczy Śnieżnickiej, na której znajduje się dość duże schronisko oraz węzeł kilku innych szlaków.

Nie zatrzymaliśmy się, tylko od razu powędrowaliśmy na szczyt wzdłuż polsko-czeskiej granicy - jeszcze pół godziny w górę, ale niezbyt ostro. Szczyt jest pokryty trawą i połaciami jagodowych krzaków. Rozciąga się z niego piękny widok na Kotlinę Kłodzką i okalające ją różne góry (po polskiej stronie) i całkiem zachęcającą masę szlaków po czeskiej stronie. Szczyt jest duży, więc turyści sobie nie przeszkadzają, jest bardzo przyjemnie.

 

Trawiasty szczyt Śnieżnika

 

Schronisko pod Śnieżnikiem

(zdjęcia zrobiłam koszmarne, bo z komórki, aparat wzięłam, ale padła mi bateria - blondynka i to podwójnie tleniona)

 

Na szczycie pod koniec XIX w. wybudowano kamienną wieżę widokową nawiązującą do średniowiecza, ale nikt jej nie remontował, więc w 1973 r. trzeba było wysadzić. Typowe. Na szczycie "podziwialiśmy" więc gruzowisko kamieni i złożone w jednym miejscu elementy żelazne, mocno zardzewiałe (na pewno ekologiczne). To tak po polskiemu.

Posiedzieliśmy i zeszliśmy do schroniska, którego specjalnością kulinarną były naleśniki z jagodami. Pychota! Niestety obrzydliwie drogo. Za jednego dużego naleśnika zapłaciłam 12 zł. Przeczytałam też informację, że wrzątek bezpłatnie wydają tylko przez dwie godziny dziennie - pierwszy raz się z czym takim spotkałam i bardzo mi się nie spodobało. Samo schronisko z zewnątrz ładne, z wyremontowaną pięknie fasadą, a w środku jeszcze peerelowsko.

Wracaliśmy tą samą drogą ze względu na zaparkowany samochód, ale możliwości było tam dużo więcej. W sumie dotarliśmy do auta po pięciu godzinach od rozpoczęcia pieszej wycieczki. Wodę, bardzo smaczną zresztą, uzupełniliśmy sobie po drodze w Źródle Marianna.

Do Kudowy jechałam dwie godziny.

Diabeł podkusił, żeby jechać przez Czarną Górę, a to strasznie dużo bardzo ostrych zakrętów i na wysokościach. Więc nie wiem, po czym bardziej byłam mokra - czy po Śnieżniku, czy po prowadzeniu swojego "staruszka".

Nocleg okazał się super. Dyskotekę w Barakudzie zaplanowali dopiero w sobotę, czyli po naszym wyjeździe. Mogliśmy skorzystać z aqua parku w hotelu - dżakuzi, bicze wodne, sauny mokre i suche, baseny - były nasze do 22.00. Rozkosz. Śniadanie następnego dnia zadowoliłoby najwybredniejsze podniebienia. Najadłam się jak bąk, ale czy mogłam odpuścić naleśnika z serem polanego konfiturą z wiśniami? Never.

Drugiego dnia pojechaliśmy do Karłowa i zdobyliśmy Szczeliniec (919 m n.p.m.). To najwyższy szczyt Gór Stołowych. Trasa przygotowana jest precyzyjnie - idzie się 40-60 min. po 665 kamiennych schodach z poręczami. Dla maluchów może być nużąco, ale szczyt wynagradza po wielokroć.

Dotarliśmy najpierw do miłego, małego schroniska, ale nie zatrzymywaliśmy się, bo w gruncie rzeczy góra niewysoka i niemęcząca. Ruszyliśmy dość dużym labiryntem najróżniejszych form skalnych, czasem trzeba było się przeciskać, czasem mocno schylić, iść między zawigoconymi ścianami w dół i w górę. Rewelacyjnie. Są dwa tarasy, a widok z nich przecudny.

 

Widok z jednego tarasu na drugi, akurat stoi wycieczka, ale takiego tłoku nie było.

 

Wielbłąd

Głowa małpy

Szczeliny na Szczelińcu

 

Na jednym tarasie dwóch śmiałków rozbiło namiot i nocowało. Namiot przywiązali z dwóch stron do barierek a w środku obciążyli mocno podłogę sprzętem. Już nie dopytałam, jakim. Zapytałam za to, czy nie wiało w nocy. Wiało, i to mocno. Myśleli, że ich zdmuchnie. (Z jakiegoś powodu nie wolno rozbijać namiotów na odkrytych szczytach, ale okay, byli młodzi i zadowoleni).

Zeszliśmy po kamiennych schodach, ale innych, bo ruch na górze jest jednokierunkowy, i poszliśmy do zaparkowanego auta. Dowiedziałam się, co to w Karłowie oznacza parking legalny i nielegalny. Legalne są dwa pod schroniskiem PTTK i kosztują 6 zł, a nielegalne są na prywatnych posesjach i kosztują po 5 zł. Poza tym wisi na wjeździe do wsi wielka tablica z napisem Parking bezpłatny 200 metrów, ale nikt nie wie, gdzie to jest, należy zapytać w urzędzie gminy, który tablicę wystawił. (Okay, nie tym razem, wybrałam się w góry, a nie po urzędach).

Wycieczka na Szczeliniec zajęła w sumie dwie godziny. U podnóża góry jest coś, co bardzo interesuje dzieci. Przyzwoicie urządzony niewielki "Park Jurajski" z wszelkiej maści dinozaurami. Byliśmy tam rok temu, więc tym razem nie. 

Pojechaliśmy do Dusznik Zdroju z zamiarem zwiedzenia zwłaszcza Muzeum Papiernictwa. Miasteczko śliczne, deptaki wyremontowane, dworek, w który koncertował Szopen także. Muzeum mieści się w jedynym zachowanym na Dolnym Śląsku XVI-wiecznym młynie papierniczym urody tak cudnej, że aż dziw bierze. Poza typowo muzealną ekspozycją są tam też warsztaty czerpania papieru. Gdy zwiedzaliśmy, grupa dzieci robiła właśnie papier z odbiciami swoich dłoni. Uważam, że doświadczenie niezapomniane. Mnie zainteresował aktualny eksperyment, a mianowicie wykonywanie papieru z odchodów słoni z Wrocławskiego ZOO. Nabyłam kawałek takiego papieru - szary, o fakturze połamanej słomy, bardzo mocny. Jeśli się weźmie pod uwagę, że słoń rąbie około 60 kg... W każdym razie spędziliśmy bardzo przyjemnie czas w Dusznikach, spacerując po mieście i parku zdrojowym. W tym ostatnim sączyła się muzyka Szopena, bo właśnie był festiwal.

Muzeum Papiernictwa w barokowym młynie papieru

 

 

W hotelu na dobranoc basen i sauna, a na dzień dobry pyszne śniadanie... Wymeldowaliśmy się o 9.00 i ruszyliśmy znowu na drugi skraj Kotliny, tym razem do Jodłowa, aby sobie wejść na Trójmorski Wierch (1129 m n.p.m.). Nie obyło się bez przygód, bo na odcinku miedzy Boboszowem (granica) a Międzygórzem za Chiny Ludowe nie można było odnaleźć skrętu w lewo na Pisary. Wreszcie znaleźliśmy - małą niebieską tabliczkę informującą o wjeździe na prywatną posesję i (na drugim miejscu info) do m. Pisary. Ekstra! Dróżka, bo nie droga, była co prawda wyasfaltowana, ale o szerokości co najwyżej metra... Natomiast trasa na górę była bardzo przyjemna. Wiodła około godziny spokojną leśną drogą, a około pół godziny ścieżką pod górę, ale niespecjalnie stromą. Zewsząd otaczały nas krzaki jagód - najadłam się i wysmarowałam jak dziecię.

Na szczycie stoi... no właśnie, w przewodniku napisali, że drewniana wieża widokowa. I faktycznie dzisiaj widokowa, ale jesteśmy przekonani, że w niedalekiej przeszłości była to zwyczajnie strażnica wopistów. Szlak wiódł dokładnie granicą polsko-czeską, na której jeszcze 30 lat temu nikt nie śmiał się pojawić. Mieliśmy refleksję, że świat niebywale zmienił się na naszych oczach. Niewątpliwie na lepsze. Turystów nie było aż tak wielu, przeważnie Czesi.

Z wieży rozciągał się piękny widok, zwłaszcza na pobliski Śnieżnik. Wycieczka, spokojnym krokiem, zatrzymując się co chwilę przy jagodach, zajęła 3 godziny.

 

Widoki z Trójmorskiego Wierchu

Wróciliśmy do domu w sobotę, usatysfakcjonowali wysiłkiem i zrelaksowani. Czy wspomniałam, że wypad na weekend odbył się bez dzieci? Starsze dziewczę udało się do jednych dziadków, a Młodsze do drugich. Mieliśmy wolne... i jeszcze mamy.

 

(Na fochy ze Śnieżki spuszczam zasłonę miłosierdzia).  

 

Ps. Robienie zdjęć komórką w górach, to jest profanacja. Nie mam nic na swoije usprawiedliwienie, jeśli zrobię lepsze zdjęcia, to wymienię.

Ps.Ps. Nieustannie polecam stronę: www.miluszkowo.pl

23:05, lala.lu
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl