RSS
niedziela, 31 sierpnia 2014

Dzień przed konferencją, czyli w poniedziałek, mieliśmy włamanie. Gnojek łaził po uliczce i... szukał pracy. Tylko u nas nikogo nie było. Wlazł nam przez uchylone okno w środku dnia. Zginął służbowy laptop i dwa aparaty fotograficzne (bo naprawdę nic nie mamy poza 25 tys. książek). 

Policja zebrała ślady, przesłuchała sąsiadów i zapowiedziała, że pokaże sąsiadom zdjęcia do identyfikacji. Nie zdążyła.

W środę Pan Mąż znalazł laptopa w sieci, wystawionego na sprzedaż we wrocławskim lombardzie. Popchnięcie policji do działania wzięłam na siebie. (Nie omieszkałam wykorzystać konferencji dziennikarzy, żeby akcja okazała się skuteczna i spektakularna).

Cywilni operacyjni bardzo mi się podobali. Jak z filmu... Z lichwiarzem poradzili sobie znakomicie, chociaż wcale nie chciał się przyznać do posiadania aparatu fotograficznego (laptopa miał na wystawie - na szczęście mojego męża nic nie wykasowali z dysku).

Ledwo odsapnęliśmy, w piątek mieliśmy drugi włam. Też pod nieobecność. Tym razem gnojek wywalił piwniczne okno i... zwędził mi nowe żelazko. Pozbył się go na rzecz panienki, która mieszka tutaj na wsi, ale nie wiem, która to - dowiem się.

Miał pecha, bo sąsiedzi go rozpoznali i zatrzymali, wykazując się konkretną odwagą cywilną. Tym razem policja siedziała u nas w domu do nocy - bo mając gnoja w łapie, chcieli mu udowodnić łażenie po domu.

Okazało się, że od poniedziałku do piątku gnojek przyjeżdżał z miasta codziennie na gościnne występy - jak do pracy.

Już zapowiedziałam, że wystąpię w roli oskarżyciela posiłkowego... już ja go popieszczę w sądzie...

 

17:28, lala.lu
Link Komentarze (19) »
sobota, 23 sierpnia 2014

Nie mam siły na wpisy - robię konferencję.

Zaczyna się we wtorek rano. Cztery dni (w piątek żegnam gości), kilkadziesiąt osób z Polski, zaangażowane najwyższe władze moje i miejskie plus kilka instytucji. Co roku ta konferencja jest w innym mieście, obecna jest 22.

Weszłam w etap: nie śpię i mam sraczkę.

Każdy, kto robił konferencję, ten wie, ile to roboty: załatwiania, niespodzianek, biurokracji, korespondencji, kasy... Najgorsze jest naprawdę szukanie pieniędzy. 

Muszę przygotować sobie jeszcze prezentację, ponieważ prowadzę jedno szkolenie. Oraz przypomnieć sobie historię miasta i jego zabytków - bo też oprowadzam gości. (Napisałam ponad 10 lat temu przewodnik po mieście, który do tej pory jest na rynku, miał już kilka wydań, więc generalnie czuję się kompetentna, chociaż tak naprawdę mogłam wziąć przewodnika i się wyłączyć, ale nie... - bez komentarza). 

Po piątku wezmę chyba jakieś sanatorium.

 

16:11, lala.lu
Link Komentarze (8) »
sobota, 16 sierpnia 2014

To była ostatnia wycieczka w góry podczas tego urlopu. Dziewczyny wolały zostać w kids clubie. Poszliśmy więc, żeby się zmęczyć i podziwiać widoki.

Klimczok - 1117 m n.p.m. - wznosi się na Szczyrkiem i z drugiej strony otacza Bielsko-Białą. Wchodziliśmy od strony Sanktuarium NMP w Szczyrku - podejście było ostre i takie pozostało do samego szczytu (właściwie to zdjęcie nie oddaje tej stromizny):

Pod samym szczytem, na przełęczy między Klimczokiem a sąsiednią Magurą (1109 m n.p.m.) znajduje się początek wyciągu narciarskiego - fajnie, zimą można się zadekować w pobliskim schronisku i sobie jeździć - to raczej łatwy stok i niedługi. W sam raz dla mnie.

To widok ze szczytu na Murę i schronisko umieszczone na jej zboczu:

A tu widok z Klimczoka na górę Skrzyczne, w dole miasteczko Szczyrk - bardzo ładne i zadbane, po lewej widać skocznię narciarską dla juniorów. 

Z Klimczoka zeszliśmy do schroniska (żeby przybić pieczątki) i zaczęliśmy wracać przez porośniątą trawą Magorę - tu widok na Bielsko-Białą:

Wróciliśmy na miejsce, spod którego ruszyliśmy, czyli do Sanktuarium NMP. Nieco niżej na parkingu bardzo brzydkiego hotelu stał nasz samochód, który już ledwo zipie. Wydałam straszną kasę na naprawę i wygląda na to, że na darmo (wygląda na uszczelkę pod głowicą). 

patrząc na to zdjęcie?

 

 

I kto mi wyjaśni fenomen: Rubens, mając do dyspozycji wiele mięciutkich i nęcących do spania miejsc, zawsze wybierze mniej wygodne, ale czarne. Ktoś mógłby powiedzieć, że kot wybrał czarne, bo wiedział, że nie będzie zbyt widoczny. Ale jak wybrał? Skoro ten kot NIE WIDZI?

Ja znam odpowiedź: ten kot jest mądry i przewidujący.

Dziś zlał się do klapek Pana Doskonałego.

Rubens naprawdę nie musiał i nie powinien tego robić. Jeśli już się zdecydował na tak brzydką rzecz, to miał do dyspozycji wiele leżących butów: moich i dzieci, ale wybrał właśnie TE klapki. Dla mnie sprawa jest oczywista - wiadomo po czyjej kot jest stronie.

Tagi: kot
22:04, lala.lu
Link Komentarze (7) »
środa, 13 sierpnia 2014

Za piwem nie przepadam. Zresztą zwykle jestem kierowcą, więc i tak bez szans na degustacje. Jednakowoż wizyta w Żywcu bez zwiedzania Muzeum Browaru Żywiec byłaby co najmniej niekompletna.

Żeby się dostać do Muzeum trzeba przejechać kawał drogi, na pieszą wycieczkę z centrum miasta to się raczej nie nadaje. Kiedy już dotarłam, kilka razy zwątpiwszy, że dotrę, po lewej stronie zobaczyłam wielki, nowoczesny, metalowy srebrno-czerwony zakład a po prawej - wielką, dziewiętnastowieczną, klimatyczną fabrykę. 

Zwiedzanie odbywa się tylko w grupach i tylko z przewodnikiem - i bardzo dobrze, ponieważ ćwierć sukcesu to widzieć, ćwierć usłyszeć, ćwierć dotknąć, a ostatnie ćwierć - zrobić zdjęcia. Wszystko było można. Tylko cena nieprzyjazna - 25 zł.

W środku o pełnej godzinie grupę zabrał pan. Wprowadził do zaciemnionego holu, ale nikt nie mógł się po cichutku prześlizgnąć dalej, bo zatrzymywała go ściana wody.Pan przewodnik nacisnął ukryty mechanizm, fontanna obniżyła się i przepuściła ciekawskich. 

Weszliśmy do sali z ogromną makietą browaru. Tu uzyskaliśmy kilka najistotniejszych informacji:

Piwo ważono tu od średniowiecza, ale firmę założył w 1856 r. arcyksiążę Albrecht Fryderyk Habsburg, którą rozbudowywał i unowocześniał jego syn Karol.

Żeby poczuć atmosferę XIX wieku, weszliśmy do kapsuły czasu - dosłownie. Pan przewodnik wprowadził zwiedzających do jakby windy, której nie powstydziłby się Lukas w gwiezdnych wojnach, i dokonaliśmy skoku w czasie.

Po wyjściu znaleźliśmy się na XIX-wieczne ulicy nocą. Na pewne rzeczy mogliśmy popatrzeć przez oświetlone okna domów. Dopiero szynk okazał się otwarty i przyjął gości:

Usłyszeliśmy, jak powstaje piwo, co jest czym w piwie, jak się warzyło, przelewało, smakowało, butelkowało...

Mogliśmy też posiedzieć w kawiarni z dwudziestolecia międzywojennego i pograć w kręgle.

Podczas II wojny światowej rodzina polskich Habsburgów przeżywała trudne chwile. Browar został przejęty przez hitlerowców, ale na szczęście niewywieziony wgłąb Rzeszy. Produkował nadal swoje piwa. Na szczęście nie został też wysadzony w powietrze, gdy wiadomo było, że zbliża się Armia Czerwona. O wojennym czasie można dowiedzieć się wprost z nagrania zmarłej w 2012 r. księżnej Krystyny.

Po wojnie browar został upaństwowiony, czyli zabrany Habsburgom przez władzę ludową. W muzeum meandry PRL-u zostały bardzo pomysłowo pokazane poprzez stare fotografie umieszczone w labiryncie z lustrami - pan przewodnik zniknął i goście mieli się sami wydostać. Rewelacyjna idea, bo utkwiliśmy w PRL na ponad 50 lat.

Oto kilka zdjęć, które zrobiłam zawieszonym fotografiom (na jednym widać nawet moje odbicie):

To Maryla Rodowicz (gdyby ktoś nie poznał).

Ja to pamiętam - mój dziadek zawsze tak kupował prosiaka do chlewika. 

I to pamiętam - tak puste półki, że... tylko ocet był widoczny. Tu na zdjęciu jest coś w torebkach, ale co?

Po wyjściu z Muzeum dla wszystkich, którzy nie rozbili żadnego lustra w labiryncie, czekała pamiątkowa szklaneczka i piwko lub soczek.

 

 

 

 
1 , 2 , 3
Tagi
zBLOGowani.pl