RSS
niedziela, 29 września 2013

Uwielbiam owoce morza, zajadałam się nimi we Włoszech - różnymi rodzajami i w różnych postaciach. Skusiłam się wczoraj i kupiłam ośmiorniczki, a dzisiaj przygotowałam z tortelini i czarnymi oliwkami. Ohyda.

Ośmiorniczki okazały zakonserwowane w zalewie octowej z dodatkiem jakiegoś sorbinianu sodu. Zapach był obrzydliwy, a smak jeszcze bardziej. Pogrillowałam je trochę, dodałam ziół, ale nie dało się zabić zapachu octu i czegoś sztucznego.

Blee. Profanacja kuchni włoskiej. Mam nadzieję, że żołądek mi się nie przewróci, bo trochę zjadłam.

Dzieci wolały kino od teatru, nie nalegałam, bo dziadek zabrał i mogłam zostać w domu. Ogarnęłam z grubsza chałupę i niespiesznie coś tam dłubię w kompie. Jeśli ładna pogoda się utrzyma, to może wybierzemy się w jakieś górki w przyszłym tygodniu.

16:16, lala.lu
Link Komentarze (6) »
sobota, 28 września 2013

Dobrze, że je mam i że je dzisiaj ubrałam, bo mogłabym nie przeżyć tej soboty. Latałam jak z pieprzem po całym Wrocławiu.

Rano pojechałyśmy do miasta. Same - dałam Panu Mężowi wolne. Zapisałam córy na Uniwersytet Dzieci i mieliśmy dzisiaj zajęcia. Na pierwsze się spóźniliśmy, bo popatrzyłam w kalendarzu nie na tę sobotę, co trzeba. Więc pojechałyśmy najpierw do taniej księgarni. Idąc tam (po prezent dla kolegi Ali), zaobserwowaliśmy przez chwilę, jak ekipa filmowa kręciła sceny (nie wiem do czego). W sumie nudne, więcej przygotowań niż samej akcji. Później galopkiem do Ogrodu Botanicznego na 11.30, bo Starsza miała tam warsztaty. Zostawiłam Starszą i z Młodszą popędziłyśmy na Wydział Chemii na 12.00, gdzie Młodsza miała warsztaty (o brudzie). W obu miejscach kończyły się o tej samej porze, więc wzięłam drugą i leciałam po pierwszą. Zapakowałam do samochodu i jechałyśmy w zupełnie inny rejon miasta do Bobolandii, bo Starsza była zaproszona na urodziny. Na "krzywy ryjek" została na imprezie także Młodsza, a ja pojechałam do Pasażu po dziadka i siostrzenicę, którzy przyjechali w odwiedziny i tam na mnie czekali. Wróciliśmy wspólnie do Bobolandii, gdzie właśnie zakończyły się urodziny i zostaliśmy tam kolejne trzy godziny, bo dzieci dobrze się bawiły. Do domu dotarliśmy o 18.30. Dziewczyny miały plan, żeby jeszcze pójść na basen ze mną i z dziadkiem, ale my byliśmy wykończeni. Skończyło się więc na jakby zabawie w tabliczkę mnożenia i dyktando oraz czytaniu lektury. Ja natomiast wyprasowałam wzgórze prania i jestem z siebie dumna.

Różowe trampki pasowały do jasnobrązowych sztruksów, a sztruksy do czerwonego płaszczyka.

Jutro chcemy iść do Teatru Lalek.

 

 

23:20, lala.lu
Link Komentarze (6) »

Moja młodsza córa usłyszała w szkole, że ma przynieść zdjęcie do legitymacji. Nie obciążyła mamusi tą wiedzą, tylko postanowiła sama rozwiązać problem. Wynalazła zdjęcie ze św. mikołajem i wycięła z niego swoje popiersie. W szkole niestety okazało się, że taka wycinanka to nie bardzo. Mała się nie zraziła, tylko poprosiła starszą siostrę o pomoc, a ta wzięła aparat nabyty w prezencie komunijnym i powiedziała: Siadaj, ja ci zrobię.

O wszystkim dowiedziałam się, ponieważ zdesperowana wychowawczyni postanowiła do mnie dzisiaj zadzwonić i powiedzieć, że trzeba zaprowadzić dziecko do fotografa.

Usłyszane.

- Mama idzie! Zachowujmy się normalnie.

Ja do Domini, wskazując na kartonik pod biurkiem: - Co to jest?

- To moja śmietniczka.

- Śmietniczka?! Zabieraj te papierki i szoruj do kuchni!

- To tak daleko... - odpowiada dziecię.

 

♣♣♣

Jest 1.24. Przed kwadransem wróciłam z drukarni. Pojechałam popatrzeć, jak drukuje się moja gazeta. Jestem szurnięta.

 

 

01:25, lala.lu
Link Komentarze (11) »
wtorek, 24 września 2013

Napisałam wreszcie ten artykuł, do którego podchodziłam jak pies do jeża. Piekielnie trudny.
O funduszach strukturalnych - nie w ogólności, tylko w pewnych szczegółach, które musiałam poznać i zrozumieć. Wysłałam wczoraj w nocy gotowy tekst. Dłużej się nie dało odkładać, bo gazeta musi pójść jutro do drukarni (teraz się modlę, żeby grafik na przykład nie złamał ręki).
"Deadline deadlinów" to mój brat.

Dziś rano odebrałam autoryzację od mojego głównego rozmówcy, którego cytuję w artykule. Brzmiała:

 - Wiesz, podoba mi się, stworzyłaś dzieło sztuki.

No, takiego komplementu to ja jeszcze nie usłyszałam. Od razu mam zupełnie inny dzień.

 

17:22, lala.lu
Link Komentarze (11) »

Właśnie obejrzałam sobie zdjęcia z wystroju wnętrz mikroapartamentów we Wrocławiu: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,95327,14655958.html

Gratuluję projektantom, mi coś nie wychodzi aranżacja naszego maleńkiego salonu w domu. Chętnie wzięłabym kogoś mądrego na zakupy i poddała się jego sugestiom.

W każdym razie ten przerabiany budynek, to był hotel asystenta Uniwersytetu Wrocławskiego. Okropny na zewnątrz i w środku. Obskurne pokoje, wspólne łazienki i kuchnie nigdy nieremontowane, a w nich dojrzali ludzie, którym już nie powinno być wszystko jedno gdzie i jak śpią i jedzą. Chciano budynek wyburzyć, ale ktoś postanowił go wyremontować i zrobić w nim maleńkie, schludne mieszkania na tzw. start we Wrocławiu. Miały być kompletne (pokój, łazienka, kuchnia) i są, miały być maleńkie (od 11 do 27 m2) i są, i wreszcie miały być tanie, czyli kosztować jakieś 90 tys. zł. Po prostu człowieka miało być stać - wynajem mieszkania to około 1 tys. miesięcznie, przemnożony przez 5 lat studiów daje 60 tys. Dodano więc 30% i miało być własne mieszkanie, takie na początek. Tymczasem tanio nie jest, bo mieszkanka kosztują około 200 tys. Co więcej, prawie wszystkie zostały wykupione na wynajem. Czyli idea taniego, własnego mieszkania na start - jak zwykle w naszym kraju z każdą dobrą ideą się dzieje - wypaczona. Trudno. Przynajmniej straszydła nie będzie, bo robią właśnie elewację.

Pan Mąż ma brata bliźniaka. Nie tak naprawdę, tylko żartobliwie. To kolega T. mieszkający na drugim końcu Polski. Obaj panowie muszą codziennie odbyć kilka sesji per skype. Obaj siedzą przy biureczkach w takich samych, zawalonych książkami od podłogi po sufit, pokojach. Mają takie same fryzury i okularki na nosach. Oczywiście, uprawiają ten sam zawód.

Podchodzę raz do skypa i pytam:

- Kolego T., a gdzie jest teraz Twoja żona?

- W pokoju obok, a czemu pytasz?

- Tak tylko. Chciałabym wiedzieć, czy nie czuje lekkiego zaniepokojenia. Bo ja na przykład dostrzegam, że mój Pan Mąż częściej rozmawia z kolegą T. niż z własną żoną.

- Ale dzisiaj rozmawialiśmy tylko dwa razy - broni się kolega T.

- Tylko dwa razy??? Oooo, to faktycznie, wyraźne ochłodzenie stosunków!

W sobotę musiałam coś załatwić w pracy, ale i odwieźć córki na zajęcia Uniwersytetu Dzieci. Załadowałam je więc do samochodu, podjechałam pod pracę od tyłu, zaparkowałam i kazałam na siebie zaczekać. Pech chciał, że szef wszystkich szefów w mojej firmie akurat postanowił przechodzić tamtędy i nadział się na samochód z kotłującymi się dwoma czortami. Oczywiście musieli sobie trochę porozmawiać, a moje dzieci przyznały się, czyimi są dziećmi.

Nic by nie zburzyło mojego spokoju, gdyby nie to, że dowiedziałam się później od Starszej, że Młodsza, wychylając się z okna,  powitała szefa wszystkich szefów (bardzo wysokiego pana w pięknie skrojonym garniturze) zawołaniem "Siema!".

Hospody pomyłuj! Gdzie popełniłam błąd! I jak go naprawić?

 

 

 

 

00:01, lala.lu
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi
zBLOGowani.pl