RSS
piątek, 28 października 2016

Tonino Cantelmi & Francesca Orlando PRZEKROCZYĆ NARCYZM, Kraków 2007

W Rzymie w 2002 r. obradował Kongres Włoskiego Stowarzyszenia Psychologów i Psychiatrów Katolickich pod hasłem "Przekroczyć narcyzm. Od płótna Penelopy do sieci Sieci", a książka, którą przeczytałam, zawiera artykuły pochodzące z tej konferencji.

Zaburzenie narcystyczne, choć znane od czasów starożytnych, do diagnostyki psychiatrycznej weszło w 1980 r. Definiuje się je jako"utrwalony wzorzec poczucia własnej wielkości (widoczny w fantazjach bądź w zachowaniu), potrzebę podziwu ze strony innych i brak empatii". Osoba taka przesadnie podkreśla swoje osiągnięcia i talenty, oczekuje uznania siebie za kogoś szczególnie ważnego, oddaje się fantazjom na temat nieograniczonego powodzenia, władzy, doskonałości, urody i miłości idealnej; jest przekonana o własnej "wyjątkowości" i niepowtarzalności oraz o tym, że może być zrozumiana jedynie przez innych wyjątkowych ludzi, wymaga przesadnego podziwu dla siebie, ma uczucie, że wszystko jej się należy, nie umie rozpoznać uczuć i potrzeb innych i utożsamić się z nimi.

Zaś u podłoża tego zaburzenia leży niskie poczucie własnej wartości.

Autorzy książki wskazują na dwa odmienne typy tego samego zaburzenia: narcyz "nieświadomy" i narcyz "superostrożny".

Pierwszy z nich to typ arogancki, natrętny, zawsze znajdujący się w centrum uwagi, pozornie jest samowystarczalny, potrzebuje aprobaty innych, ale jednocześnie nimi gardzi, jest niezdolny do współpracy w grupie.

Drugi to typ zamknięty, wycofujący się, do przesady milczący, przeżywający ciągłe poczucie wstydu i strachu, z łatwością się obraża i czuje się upokorzony, ogranicza do minimum kontakty towarzyskie, czuje się słaby, a jednocześnie subtelnie poszukuje sławy i władzy, nie potrafi zaufać ludziom.

Jak to się dzieje?

Wzrastająca liczba rozwodów powoduje wzrost niepełnych rodzin, w których dąży się do wzmocnienia więzi, by nie pozostać w próżni. Większość ludzi żyje też w trudnych i niesatysfakcjonujących związkach, charakteryzujących się rywalizacją i pozorną obecnością, w których brakuje przestrzeni do wyrażania uczuć. Samotność dziecka w takiej rodzinie może spowodować zaburzenie narcystyczne.

Pierwsza relacja narcystyczna ma miejsce wewnątrz nierozłącznego związku z matką, która wyklucza obecność ojca i przez to nie przewiduje istnienia zakazów. Dziecko łudzi się, że może mieć z matką wyłączny związek. Około 4 i 5 roku życia osoba ojca odgrywa ogromną rolę w rozwoju psychoseksualnym dziecka - przecina pępowinę łączącą matkę z dzieckiem, ponieważ powoduje w dziecku pierwsze frustracje i tym samym pomaga mu wyjść ze związku, który stał się za ciasny. Natomiast brak tego procesu prowadzi do zaburzenia.

Samotność narcyza

Narcyz ma nieudane relacje z innymi. Odgrywa rolę kogoś, kim chciałby być, ale nie jest, aż do błędnego przekonania, że jest bez wad przy jednoczesnej surowości i braku akceptacji wad u innych. Narcyz nabiera więc pogardy, pod którą kryje się ogromny strach przed innymi ludźmi. Rezygnuje z relacji uczuciowych, jest ciągle zawiedziony i sfrustrowany, podąża w kierunku depresji i śmierci.

Narcyz bardzo pragnie pojawić się w życiu drugiego człowieka, dąży do bycia potrzebnym, ale nigdy się do niego nie przyłączy. Tworzy jedynie iluzje - siebie, drugiego i relacji - iluzje oparte na idealizowaniu, a nie na prawdziwej więzi. Kiedy ta iluzja zaczyna budzić wątpliwości, narcyz oddala się od osoby, której używa do potwierdzania siebie i wchodzi w straszliwą pustkę.

Konteksty narcyzmu

To jest najciekawsza część książki. Poszczególne artykuły pokazują, że narcyzm nie jest wyłącznie problemem psychologicznym, ale jest niebezpieczną patologią społeczną, polityczną i religijną. Mamy tu omówienie narcyzmu w życiu konsekrowanym, w polityce, w internecie...

Jest tu o tym, że niesamowitym wsparciem pogłębiania się zaburzeń narcystycznych jest współczesna filozofia oparta na konsumpcji, a nie na przechowywaniu. Dokonuje się zakupów rzeczy z myślą, że za chwilę zostaną wyrzucone. Kupowanie nowych rzeczy, to nie nabywanie zwykłych przedmiotów, tylko nieustanne potwierdzanie statusu społecznego - prawdziwy dodatek narcystyczny.

Jeszcze większe znaczenie odgrywa Sieć - wspaniałe schronienie dla tych, którzy chcą "podkolorować" swoją przeszłość i uwieść swą ofiarę. Dla narcyza przeżywanie teraźniejszości z drugą osobą w Sieci jest środkiem strategicznym do wspólnego fantazjowania, do poczucia się wielkim z powodu posiadania wielbiciela, a jednocześnie obiektu pożądania, a przede wszystkim do bycia przez niego kochanym.

Czytamy, że narcyz wybiera życie w izolacji uczuciowej, aby nie doświadczać cierpienia związanego z każdą forma relacji intymnej z drugą osobą. Paradoks naszych czasów polega na tym, że prawdziwą fobią jest strach przed spotkaniem drugiej osoby, dlatego też sposobem na unikanie tego problemu są znajomości wirtualne.

Mitologiczna nimfa Echo zrozpaczona obojętnością narcyza powoli umiera fizycznie, choć jej głos ciągle rozbrzmiewa zachęcająco. Jednak narcyz nie odpowie, bo narcyz nie wie, co zrobić z miłością bliźniego, gdyż uczucia, które kryją się w miłości, źle go usposabiają i dają mu odczuć, że jest osobą chłodną i znudzoną.

W Sieci niezmiernie łatwo jest "powiedzieć coś i nic nie powiedzieć" o sobie samym, łatwo jest mówić o osobliwych rzeczach, które byłyby niezwykle trudne do wypowiedzenia w życiu codziennym, łatwo stać się doradcą innej osoby w problemach, których absolutnie nie umiemy rozwiązać u siebie. Łatwo przychodzi nam stworzyć obraz samego siebie i mrzonkę o kimś innym - ta niekończąca gra jest cudowna dopóki życie nie upomni się o realność.

***

Większość napisanych powyżej zdań, to nie moje słowa, ale skompilowane fragmenty tej niewielkiej, bo tylko 150-stronicowej książki, która mówi o jednym z najpoważniejszych problemów cywilizacyjnych - bo chyba tak można określić narcyzm. Nie wątpię, że mamy do czynienia w tym aspekcie z kryzysem człowieka jako jednostki i jako części społeczeństwa.

Zapisz

czwartek, 27 października 2016

Jerome David Salinger,  BUSZUJĄCY W ZBOŻU, Poznań 2015

 

Holden opowiada kilka dni ze swojego życia. Ma 16 lat i wyrzucili go z kolejnej szkoły, bo nie zaliczył wszystkich przedmiotów. Wszystkich oprócz angielskiego. Wrócił więc do Nowego Jorku, ale jeszcze nie zdecydował się wejść do domu i włóczy się po mieście.

Ta książka amerykańskiego pisarza, wydana po raz pierwszy w 1951 roku, wywołała skandal, bo młodociany bohater mówi wprost o seksualności. O parkach obściskujących się na tyłach pożyczonych samochodów, o tym, że kiedy dziewczyna prosi, żeby chłopak przestał, on nie jest w stanie się już pohamować i zwykle tak dochodzi do inicjacji. O tym, że można zaprosić dziwkę za 5 dolców od numeru i takie tam. O tym, że chciałby, ale tylko z dziewczyną, którą lubi - z innymi nie, zwłaszcza z idiotkami nie.

Seksualność w latach 50 w Ameryce nie była już tematem tabu - w 1953 r. powstał magazyn "Playboy" i zmiana obyczajowa była już wyraźnie widoczna, a jednocześnie skrywana głęboko pod pościelą. Purytańskie zasady istniały na papierze i... były głoszone w nowym medium - telewizji. Rzeczywistość sobie, a gra pozorów sobie. Ameryka mogłaby dostać w tym czasie złoty medal za pruderię!

I tu pojawia się Holden Caulfield - bohater "Buszującego w zbożu", który cały sobą odczuwa i wyraża bunt wobec schizofrenii, którą ma przed oczami, przeciwko narzucanym przez pruderyjne społeczeństwo regułom, ale i przeciwko wymuszonym schematom nastoletniego buntu - nie, on buntuje się po swojemu, on mówi wprost, że on rzyga na wszystko.

Język tego bohatera to drugi powód do skandalu, jaki wywołała ta książka przy pierwszym wydaniu. Dzisiaj oczywiście już by nie zrobił takiego wrażenia jak ponad 60 lat temu. Ale wtedy tak.

Holdena napawają obrzydzeniem ludzkie zachowania, a jest ich świetnym obserwatorem:

"Nie jestem pewien, jak się nazywa piosenka, którą grał, gdy wszedłem, ale cokolwiek to było, schrzanił ją okropnie. Odwalał popisy w wysokich tonacjach i w ogóle stosował rozmaite tanie chwyty, od których aż zęby bolały. Szkoda jednak, że nie słyszeliście publiczności, kiedy skończył. Niedobrze by się wam zrobiło. Wszyscy po prostu oszaleli. Ci sami kretyni w kinie wyją ze śmiechu z czegoś, co wcale nie jest zabawne. Przysięgam na Boga, że gdybym był pianistą, aktorem czy kimś takim, uznanie takiej bandy idiotów wcale by mi nie pochlebiało. Nie chciałbym, żeby w ogóle mnie oklaskiwali. Ludzie zresztą przeważnie klaskają nie wtedy, kiedy trzeba" [s.123].

Albo to - uważam za genialne:

"Najbardziej powaliło mnie to, że pani siedząca obok mnie pochlipywała przez cały film, od początku do końca. Im głupsza była jakaś scena, tym bardziej paniusia płakała. Można by pomyśleć, że tak się wzruszyła, bo miała czułe serce, ale siedziałem obok niej i wiedziałem, że żadne takie. Była z małym bachorem, który nudził się jak mops i musiał koniecznie do ubikacji, a ona nie chciała go tam zaprowadzić. Powtarzała tylko, żeby był cicho i siedział grzecznie. Serce to ona miała czułe jak wilk. Gdy tak się przyjrzeć tym wszystkim, którzy wypłakują sobie oczy na szmirowatych filmach, okazałoby się, że dziewięć na dziesięć z nich to potwory. Wcale nie żartuję" [s.202].

Ten fragment też jest boski:

"Potem przedstawiła mnie wilkowi morskiemu. Był porucznikiem i nazywał się Blop czy jakoś tak. zaliczał się to tych facetów, którzy sądzą, że wyjdą na mięczaka, jeśli podczas podawania ręki nie zmiażdżą ci wszystkich palców. O rany, jak ja tego nie cierpię (...). Na pożegnanie powiedzieliśmy sobie z porucznikiem, że miło nam było poznać się nawzajem. To mnie zawsze dobija. Tak się składa, że ilekroć mówię komuś, że przyjemni mi było go poznać, to wcale przyjemnie mi nie jest. Ale jeśli chcesz przetrwać w tej dżungli, musisz wstawiać taki kit" [s.127-128].

Jerome David Salinger (1919-2010)

Ojciec Salingera nie popierał aktorskich czy pisarskich talentów syna, wysłał do do Europy, a konkretnie do Wiednia i do Polski, gdzie kazał mu zapoznawać się z przemysłem mięsnym. Salinger praktykował w rzeźni w Bydgoszczy:

W wieku osiemnastu, dziewiętnastu lat, rok przesiedziałem w Europie... większość czasu w Wiedniu, choć musiałem też terminować w przetwórni szynek w Polsce... Ostatecznie na parę miesięcy wylądowałem w Bydgoszczy, gdzie mordowałem świnie i pchałem lory przez śnieg w towarzystwie grubego majstra, który nieustannie zabawiał mnie strzelaniem ze swej śrutówki do wróbli, do żarówek i do kolegów z pracy.

Niezłe, nie?



wtorek, 25 października 2016

Terry Pratchett
RUCHOME OBRAZKI

Kolejny tom Świata Dysku pochłonęłam w dwa dni - mieszkańcy Ankh-Morpork odkryli taśmę filmową, kamerę i magię kina... Nic dziwnego, że młody student Niewidzialnego Uniwersytetu bardziej niż magiem woli zostać aktorem. A młoda dojarka woli porzucić wieś i udać się do Świętego Gaju po swoją wielką szansę. W mieście kina nikt nie jest sobą, bo wszyscy grają lub liczą, że ktoś ważny ich zauważy.

Powieść jest o tym, że gdy odrywamy się od rzeczywistości, popadamy w nierzeczywistość, o której nie można powiedzieć, że nie istnieje. Jest początkowo bardzo przyjemnie, a jednak z czasem budzą się potwory...

Jest też o tym, że fajnie jest być kimś innym, ale najlepiej być sobą - to okazuje się być najwartościowszą rolą.

No oczywiście jak można nie zachwycić się takim okrzykiem sprzedawcy: "Paszteciki! Gorące kiełbaski! W bułce! Świeżutkie! Świnia jeszcze nie zauważyła, że zniknęły!"

Albo to - bardzo aktualne: "Jeśli nienormalne trwa dostatecznie długo, staje się normalnym. Tylko że kiedy trzeba było coś wyjaśnić osobom trzecim, brzmiało to dziwnie".

"...usłyszał szepty. Nie było w nich słów, ale coś, co leży w samym sercu słów, co pomknęło od uszu wprost do rdzenia kręgowego, nie pamiętając, by po drodze zrobić przystanek w mózgu".

"Całe życie jest jak oglądanie migawki, pomyślał. Tylko zawsze wygląda tak, jakby człowiek przyszedł o 10 min. spóźniony i nikt nie chce mu opowiedzieć, o co chodzi, więc musi sam się wszystkiego domyślać. I nigdy, ale to nigdy nie zdarza się okazja, żeby zostać na drugi pokaz".



Terry Pratchett
STRAŻ! STRAŻ!

Kolejny tom Świata Dysku został pochłonięty po kilkumiesięcznej przerwie na czytanie innych rzeczy. Bardzo dobry tom!

Głównymi bohaterami są strażnicy miejscy Ankh-Morpork, a konkretnie czterech. Była to dość wzgardzona grupa zawodowa aż do czasu, gdy do trójki dołączył ludzki wychowanek krasnoludów, a doradca Patrycjusza dostał apetyt większy niż powinien i ośmielił się ukraść magom księgę pt. "Przywoływanie smoków". Uczynił sobie tym samym z Bibliotekarza śmiertelnego wroga.

W każdym razie tom jest o tym, że jedni ludzie traktują instrumentalnie innych, a niektórzy to się wcale z tym nie kryją. Jest też o zasadach, które są czymś, co ugruntowuje nas w życiu, daje oparcie i podtrzymuje kręgosłup w pionie. I kto by pomyślał, że zasady to coś cennego, rzadkiego i niedanego każdemu.

Jak zwykle jest tu kilka pysznych cytatów:

"Obserwowano ich z fascynacją, z jaką stado wilków może przyglądać się garstce owiec, które nie tylko wbiegły na polanę, ale w dodatku skaczą wesoło i meczą. Wynikiem miała być oczywiście baranina, ale na razie ciekawość odroczyła nieco egzekucję" s.71

"Umiem grać na ich małych umysłach jak na cymbałach. Zadziwiająca jest ta moc przeciętności. Kto by przypuszczał, że słabość jest większą potęgą niż siła? Ale trzeba wiedzieć, jak nią pokierować. A ja wiem" s.75

"W ciągu kilku godzin przed świtem rozważył nawet kilka teorii, poczynając od przekonania, że popełnił błąd, przychodząc na świat" s.77

"Ostatnie szczury wiary w siebie uciekły z tonącego okrętu jego odwagi" s.174

"Kiedy są najbardziej potrzebne - oznajmił - szanse jedne na milion zawsze się sprawdzają. To powszechnie znany fakt" s.248

I ta ostatnia koncepcja bardzo mi się podoba

A tu mamy Mistrza (1948-2015)

poniedziałek, 17 października 2016

Herbatę wypiliśmy w ulubionym dworku w Stanicy - pisałam o nim tu. Potem pojechaliśmy do tajemniczego lasu - niektórzy zbierali w nim obiad, inni radośnie taplali się w mokrej glinie, a pozostali - do których zalicza się pisząca te słowa - też taplali się w glinie w poszukiwaniu chryzoprazów i opali. Było po deszczu, więc las pachniał i połyskiwał, a gliniaste zbocza pagórków odsłaniały skarby. Jestem w niebie.

Tu widzimy pięknie już wyczyszczone chryzoprazy. oj, nie położyłam się za wcześnie spać. Chryzoprazy to odmiana chalcedonu. Swą zieloną barwę zawdzięczają dużej ilości niklu. Ta barwa blaknie, gdy kamienie wystawione są na działanie promieni słonecznych. Ja swoje będę trzymać w naczyniu z wodą i w cieniu.

Ulubiony kamień Egipcjan, Greków i Rzymian - ciekawe, dlaczego? Występuje na Uralu, w Australii, USA (Kalifornia), w Brazylii oraz na Dolnym Śląsku.

Tu widzimy, jak przerośnięte są chryzoprazem skały.

A tu kawałek chryzoprazu z opalem.



Deszcz ułatwił poszukowania.

Ktoś powiedział, że brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko - tej wersji się trzymam. Moje dzieci z mamusią zawsze mają ekstremalne przygody :)

Ala z babcią zbierały maślaki i kozaki.

A to są opale. Nazwa z sanskrytu oznacza "drogi kamień", ale nie wszystkie z nich należą do kamieni szlachetnych - to zależy od natężenia efektu fotonicznego, czyli występowania zjawiska załamywania się światła. Występują głownie w Australii, Meksyku i Brazylii. Te polskie nie są szlachetne.

Tu widzimy opal wśród skały.

Tak wygląda przerośnięta opalami skała.

Po kilku godzinach wróciliśmy do dworku, wygłodniali jak wilki. Podgrzaliśmy sobie obiad i pogadaliśmy. Cudownie było.

Wracałam z dziewczynkami pod wieczór. 20 metrów od domu zabrakło mi w samochodzie benzyny i dopychałyśmy auto pod płot - Dominika kierowała, a myśmy z Alą pchały i "parkowały", zanosząc się ze śmiechu. Rano radośnie wlałam do baku benzynę z kosiarki... Takie rzeczy to mi się na tyle często zdarzają, że już nawet nerwowo nie reaguję.

Łazienka przypomina pobojowisko, bo przecież czyściłam te kamienie do nocy. Kto by się przejmował...

 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl