RSS
poniedziałek, 10 grudnia 2012

Annaphoto z notatek matki dziękuję za pytania. Czuję się doceniona i wyróżniona. Odpowiadam:

1. Imiona, dwa czy jedno?

Jedno, ale konkretne i wyraziste, np. Ewa.


2. Aparat fotograficzny, zbędny czy potrzebny?

Absolutnie niezbędny, z zawsze naładowaną baterią i wolnym miejscem na karcie.


3. Dom czy mieszkanie?

Zdecydowanie nieduży dom z większym ogrodem (plus stare drzewa, wrzosowisko, wojna ludzko-krecia i nieustanny rozwój rabatek)


4. Obecna praca: przyjemność czy przykry obowiązek?

Uwielbiam ją i czasem nienawidzę. Tworzymy silny związek, pełen zwrotów akcji i emocji. Po macierzyńskim nie szłam do pracy, ja biegłam.

 
5. Styl: sportowy czy elegancki?

Elegancki z przymusu. Lepiej wyglądam w szpilkach niż w trampkach.


6. Włosy długie czy krótkie?

Długie, ostatnio ścięte na krótkie.


7. Makaron: miękki czy al dente?

Al dente. Ostatnio unikam, bo się odchudzam.


8. Zwierzak w domu czy nie?

KOT. (Czy zwierzak to właściwe określenie w tym wypadku?)


9. Szybki prysznic czy długa kąpiel?

Długi prysznic.


10. Szklanka do połowy pusta czy pełna? Inaczej: pesymistka czy optymistka?

Pesymistka w sprawach codziennych, ale w najpoważniejszych z poważnych przejawiam głębokie pokłady optymizmu. Nawet mnie samą zadziwiają.


11. Prezenty Mikołaj zostawia pod choinką, w bucie, skarpecie czy może jeszcze gdzieś indziej?

Z tym Mikołajem wszystko mi się plącze - mam chaos komunikacyjny. Raczej pod choinka.

Dziękuję za uwagę.

19:03, lala.lu
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 03 grudnia 2012

Umówiłam się z koleżanką ze szkoły średniej, z którą dawno się nie widziałam - chyba ze trzy lata. Wieczorem, a następnie i rano wrzuciłam maseczki na twarz (oczyszczająca, odżywczą i napinającą), zrobiłam depilację (choć wystąpiłam w spodniach i nie miałam zamiaru się rozbierać), pomalowałam paznokcie, uprzednio je ładnie piłując i wycinając skórki.

Dawno nie poświęciłam sobie tyle czasu.

Czy muszę dodawać, że dzień wcześniej wybrałam się do galerii i zakupiłam (w promocji) dwie pary butów? Ze spotkaniem niby nie miały nic wspólnego, no bo przecież dwóch par nie ubrałam na raz. Ale jednak wybór dnia i godziny na zakupy nie można uznać za przypadkowy.

Z przyzwoitości zaproponowałam po spotkaniu koleżance, że ją odwiozę, ale na szczęście mieszkała blisko i nie skorzystała. Na szczęście, bo samochód mam brudny (na zewnątrz i w środku), jakby dopiero wyjechał z kurnika.

 

 

22:24, lala.lu
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 listopada 2012

Rudy pojawił się wiosną i regularnie przychodził pod naszą studnię, gdzie wystawiamy miski dla kotów. Stołują się wszystkie z okolicy, bo jak wiadomo, każdy kot ma trzy domy. Ale Rudy z czasem przychodził nie tylko się nażreć, ale też posiedzieć w michunkach - wtapiał się w otoczenie, bo michunki są przecież pomarańczowe. Zdechłe myszy pod drzwiami też przypisuję Rudemu.

Wreszcie, jakieś dwa tygodnie temu, dał się konkretnie pogłaskać, a tydzień temu wpakował do domu. Głośnym miałkiem zażądał jeść i wylizał miskę. A była to miska Rubensiaka... Nasz domowy kot poczuł się źle, zwłaszcza dlatego, że i tak nie widzi, więc od razu jest na straconej pozycji. Uciekł na kanapę i burczał.

Do akcji wkroczyła Starsza.

- Tatusiu, czy Rudy może z nami zostać? Proooszę!

-  Przyprowadź jeszcze trzeciego, czwartego i piątego kota!

- Mamo! Tata się zgadza!

(Za ten tekst ma u mnie czarny pas w manipulacji).

W każdym razie Rudy dostaje jeść w korytarzu w drugiej misce, żeby nie drażnić naszego domowego sierściucha. Jestem pewna, że Rudy, jak każdy kot, i tak znajdzie drogę na kanapę. P. skapitulował i kupił dodatkowe kocie puszki (udałam, że nie słyszę, co mamrocze pod nosem).

16:04, lala.lu
Link Komentarze (11) »
wtorek, 27 listopada 2012

Aby zobiektywizować osąd, postanowiłam z zegarkiem w ręku i na trzeźwo przyjrzeć się, jak Starsza wykorzystuje czas po lekcjach i dlaczego to tak długo trwa.

Starsza walczy i wylewa w domu frustracje, co prowadzi do tego, że część czasu pochłaniają jej kłótnie z rodzicami i wymiany argumentów, coś w stylu: - ale poczekaj, muszę Ci coś powiedzieć.

Starsza w poniedziałek chciała obejrzeć film, a ja jej kazałam wykonać te zadane w zeszycie ćwiczeń 24 działania na dodawanie i odejmowanie z matematyki w zakresie do 50. Pierwsze 12 działań na dodawanie przeszło jakoś bezboleśnie i zajęło 20 minut. Dodam, że nietylko trzeba podać prawidłowy wynik, ale rozpisać na działanie w nawiasie i poza. Następnie Starsza zrobiła sobie półgodzinną przerwę na zjedzenie pączka i przypomniało jej się, że chciała oglądać film. Zaczęło się wrzeszczenie i darcie się, że ona TEGO nie rozumie. To ja tłumaczę, Starsza nie słucha i wyje. To ja tłumaczę, temperatura komunikacji wzrosła. Nie odpuściłam i kazałam jej samodzielnie liczyć. Liczyła kolejne 12 działań przez łzy i przez godzinę. Następnie na tapetę poszedł angielski - to z tatusiem. Tłumaczył jej konstrukcje: I have got..., I've got..., I haven't got... i you, bo w szkole jakoś nie załapała. Ćwiczyli, co potwory mają na twarzy, bo podręcznik oparty jest na motywach z kreskówek. Pracowali przez około pół godziny, czyli do czasu wyczerpania cierpliwości tatusia. Sprawdzian z angielskiego dopiero w czwartek, więc ten materiał można trochę rozłożyć. Później trzeba było nauczyć się płynnie czytać wiersz - zanim przeczytała, musiała wyrecytować mi ze trzy razy poprzedni, żeby pokazać, jak recytowała w klasie. Muszę przyznać, że z wyczuciem. Wreszcie wybierała lekturę - dobry kwadrans - stanęło na "Karolci" (fatalne wydanie Siedmiorogu, małe litery, brzydki papier). Z tatusiem przecztała 3 strony - pół godziny. Jakby ie patrzył uczyła się 3 godziny, ale wliczając przerwy i dłuższe darcie, to 4. Zaczęła dokładnie o 17.11, a skończyła o 21.00.

Dzisiaj wszystkie pisemne lekcje odrobila na świetlicy. Nawet bezbłędnie. W domu więc - pół godziny angielski i drugie pół "Karolcia". I tak poszła spać o 21.00.

To że wyrzuca w domu frustracje, jest dla mnie zrozumiałe. Gdzieś musi. Jak wyrzucała w szkole w pierwszej klasie, to miała w zeszycie same uwagi. Była jedyną dziewczynka 6-latkiem w klasie (pozostałych pięciu 6-latków to chłopcy), więc jej zachowanie rzucało się w oczy. Była jedyną dziewczynką pyskującą i wykłócająca się z panią. Teraz zgrzyta ząbkami jak i inne dziewczynki, ale ponosi ją dużo rzadziej - w zeszycie od początku roku tylko 3 lub 4 uwagi.

Tak to wygląda.

21:23, lala.lu
Link Komentarze (10) »
niedziela, 25 listopada 2012

Dzisiaj niedziela, wstałam o 9.00, czyli najpóźniej z całej rodziny. Zjadłam śniadanie i usiadłam ze Starszą do lekcji, a konkretnie do napisania streszczenia lektury i opatrzenia go rysunkiem. Pracowałyśmy do 11.30. Zadawałam pytania do lektury, a Starsza odpowiadała i zapisywała. Stworzyłyśmy 3 strony.  Po obiedzie od 15.00 - angielski i wiersz.

Starsza chodzi do drugiej klasy.

1. Dostała listę siedmiu lektur obowiązkowych, poza dwiema, wszystkie mają po około sto stron. Przeczytanie na głos "Magda, Paweł i Ty" Krystyny Kowaliszyn zajęło dziecku miesiąc.

2. Ma język angielski w szkole i pani robi im dyktanda: mówi wyrazy po polsku, a dzieci zapisują po angielsku. Robi też sprawdziany, gdzie mamy polecenia polegające na zrozumieniu pytania i wybrania poprawnej odpowiedzi w drodze eliminacji (stopień trudności, uważam, spory).

Jako matka pracująca i dojeżdżająca 15 km odbieram dzieci z przedszkola i ze szkoły o 16.30. Jemy obiad i zabieramy się ze Starszą do nauki: najpierw lecą zadania pisemne z języka polskiego i matematyki, później czytanie, uczenie się na pamięć zadanego wierszyka, słówka z angielskiego i trudne z  polskiego, choć dwie strony lektury i... 21.00.

To niewiarygodne, ale tak jest codziennie. I tak czasem wychodzi brak jakiegoś zadania, jeśli Starsza zapomni zabrać ze szkolnej szafki jakiegoś zeszytu.

Nie ma dziecko życia, a to dopiero druga klasa. Ja też nie mam, już nawet nic nie mówię.

 

22:02, lala.lu
Link Komentarze (10) »
Tagi
zBLOGowani.pl