RSS
środa, 28 marca 2018

W sobotę był Chełmiec (851 m n.p.m.). Pięcioosobowa ekipa ruszyła ze Szczawna Zdroju niebieskim szlakiem i po niecałych dwóch godzinach znalazła się na szczycie. A ponieważ było nam mało, zeszliśmy żółtym na Rosochatkę (719 m n.p.m.), wdrapaliśmy się na Chełmiec Mały (776 m n.p.m.) i z powrotem na szczyt Chełmca - to wszystko bliziutko było.

Schodziliśmy zielonym szlakiem - tak stromym i pokrytym mokrym śniegiem, że koleżanki zrobiły sobie tor dupozjazdowy na sam dół. No spoko.


Fragment szliśmy asfaltówką do Lubomina, w którym skręciliśmy na pola i żółtym szlakiem podążaliśmy do Szczawna Zdroju podziwiając imponujący Masyw Chełmca od jego północnej strony.

W domu zdrojowym napatoczyliśmy się na jarmark wielkanocny - niby nic tam takiego, ale jedno stoisko było kapitalne. Mnie osobiście przyciągnęły cebule pięknych lilii drzewiastych, ale zakupiłam tez przepyszne musztardy ziołowe i dyniowe oraz zamoczyłam język (bo kurde kierowca) w absolutnie doskonałych nalewkach z aloesu, kwiatów lilii, malin... Wszystkie się rzuciłyśmy :)

Szczawno jest piękne, warto tam spędzić trochę czasu i połazić.

Zdjęcia: Sięgając nieba - góry, bieganie i radość życia

wtorek, 27 marca 2018

Zima dała nam popalić 17 marca, w sobotę w Górach Stołowych: śnieżyca z wiatrem ponad 30 km/h, mróz, wysoka - 80% wilgotność. Ale oczywiście, że im trudniej, tym lepiej.

Zaparkowaliśmy w Karłowie i ruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Błędnych Skał (oczywiście zamkniętych w zimie), a zeszliśmy zielonym - choć "zeszliśmy" nie jest tu słowem do końca adekwatnym, raczej ześlizgiwaliśmy się po oblodzonych schodkach na tyłkach. Mimo tego trzeba przyznać, że to uroczy szlak, szłam nim pierwszy raz.


W okolicach PTTK Pasterki panował straszny wygwizdów. Uspokoiło się dopiero na stoku Szczelińca pod osłoną drzew.

Podeszliśmy żółtym szlakiem niemal pod sam szczyt, ale - pokonując pokusę łatwych rozwiązań - skręciliśmy w niebieski, zaś przy Skalnych Wrotach w żółty, docierając do Wodospadu Pośny. No... nie jest on jakiś tam imponujący.

Wdrapaliśmy się z powrotem i podążyliśmy niebieskim szlakiem do Rozdroża pod Skalnymi Wrotami, a następnie czerwonym wokół Szczelińca (919 m.n.p.m.). Na górę wchodziliśmy tradycyjną trasą - schodami. Posiedzieliśmy w schronisku, pokręciliśmy się po szczycie i zeszliśmy już bezpośrednio do Karłowa.



piątek, 23 marca 2018

Leopold Tyrmand
ŻYCIE TOWARZYSKIE I UCZUCIOWE
Wyd. mg, bez roku wydania (to zejście na psy)

Po zamknięciu książki pierwsze co, to sprawdziłam, kiedy została pierwszy raz wydana - w 1967 r., czyli trzy lata po napisaniu. Uuuu... musiało wrzeć...
Chociaż autor zastrzega na samym początku, że "postacie, zdarzenia, sytuacje i dialogi (...) nie mają odpowiedników w życiu", to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ze szczegółami została opisana rzeczywistość lat 50 - cały światek literacko-artystyczno-dziennikarsko-polityczny Warszawy. Z jego machlojkami pod hasłami budowania socjalizmu, z jego konformizmem i dwójmyśleniem. Że niby wartości, ale brak wartości, albo nie...
Głównym bohaterem jest redaktor Andrzej Felak i jego zawiła droga do szczytu kariery, którym jest wyjazd do Stanów. Oczywiście, Felak jest gnidą, ale gnidą przekonaną o swoich niewinności, słuszności i żyjąca w poczuciu skrzywdzenia - no wszyscy go atakują, podkopują i prześladują.

Oprócz redaktora Felaka - cała plejada różnych postaci wraz z ich życiowymi mądrościami:

"- Mój drogi Mikołaju - rzekł wysoki pan - nie możesz mieć wszystkiego. Natura to przewidziała i rozdzieliła sprawiedliwie, każdemu, co jego. Ty masz talent, wobec tego nie możesz mieć uznania. Daruj innym sławę, pieniądze i zaszczyty, tym, którzy spędzają bezsenne noce na gryzieniu palców, świadomi własnej nicości" [s.58].

Zagraniczni korespondenci też mają coś do powiedzenia przy swoim zmyśle obserwacji i niedocenionej w naszym kraju inteligencji:

"- Nie zna pan Polaków - uśmiechnął się St. Quentin (...) - W tym narodzie pochlebstwa dają rabat, dostaje się za nie wszystko po zaniżonej cenie. Może pan ich kupić wraz z całą ich historią za parę duserów w stylu przedmurza chrześcijaństwa, sumienia świata, natchnienia narodów, jedyni niezależni i najdzielniejsi z dzielnych" [s.106].

Oczywiście da się jakoś żyć, a czasami bywa nawet interesująco, gdyż:

"Cechą charakterystyczną towarzyskich zebrań była wzorzysta mozaika wzajemnych powiązań seksualnych: prawie każdy pan miał coś wspólnego niemal z każdą panią. Zbliżenia i przyjaźnie, wzajemna pomoc, solidarność i lojalność kwitły w ten sposób jak bujne, zielone wino na ścianach" [s.337].

Ta powieść jest osadzona w konkretnym casie i miejscu, ale mechanizmy w niej opisane są znane od neolitu i świetnie dają sobie radę we współczesnych czasach.



Z Wałbrzycha ruszyłyśmy czerwonym szlakiem na Borową (853 m.np.m.) w lekko roztapiającym się śniegu. Było wyjątkowo ciepło, choć na samym szczycie wiało. Wieża faktycznie piękna - lekka, ażurowa, stalowa konstrukcja mogąca przyprawić o zawrót głowy osoby z lękiem przestrzeni.

 

Grzbietem Rybnickim, stromym bardzo, zeszłyśmy do Doliny Rybnej. Szlak, co już nas doświadczonych nie dziwi, poprowadził przez prywatną łąkę otoczoną elektrycznym pastuchem. Bardziej od tabunu dzikich koni bałyśmy się właściciela z grabiami, ale jakoś nikt nas nie gonił.


O ile południowe stoki zostały wyraźnie opanowane przez wiosnę, o tyle na północnych stokach Gór Suchych okopała się zima i nie zamierza stamtąd ruszać.
Nadal czerwonym szlakiem wspięłyśmy się do ruin zamku na Rogowcu (870 m.np.m.). Trzeba przyznać, że piękny stamtąd widok na Kotlinę Kuźnicką i Wyżynę Unisławską. Warto było ponarażać życie na wąskiej, oblodzonej ścieżce.

Stamtąd powędrowałyśmy przez Przełęcz pod Jeleńcem i Turzynę w stronę Andrzejówki, ale nie od razu weszłyśmy do schroniska. Najpierw wspięłyśmy się na Waligórę (936 m.np.m.) tym szlakiem, który niby to 10 min... Ślizgawica przeokrutna a repertuar brzydkich wyrazów niewyczerpany... Wracałyśmy tym drugim żółtym szlakiem do schroniska.

Później, zielonym, przez Rybnicę Leśną i zbocze Zamkowej Góry z powrotem do Wałbrzycha. Schodziłyśmy już po zmroku przy świetle czołówki i w błocie.





wtorek, 06 marca 2018

O 6.30 zatrzymałyśmy się na Orlenie po niezbędny ładunek kawy. Nad polami po drugiej stronie drogi znienacka wyskoczyła wielka pomarańczowa piłka. Wiedziałyśmy, że to będzie udany dzień.


Podjechałyśmy pod schronisko "Jagodna" i stamtąd ruszyłyśmy niebieskim szlakiem w kierunku jednego z najwyższych szczytów Gór Bystrzyckich - Jagodnej (977 m.n.p.m.).

 

 

Szło się bardzo wygodnie, gdyż ten szlak pieszy był przygotowany również dla narciarzy biegowych, którzy nas z rzadka mijali. Później skręciłyśmy na żółty szlak, wracając spokojnie do schroniska. Żółty szlak dzieliłyśmy już tylko z tropami zwierząt.
Przeszłyśmy w sumie 14,7 km z suma podejść 369.

A ponieważ dzień się jeszcze nie skończył, podjechałyśmy sobie do Zieleńca, rozpoczynając podejście niebieskim szlakiem aż do Masarykowej Chaty znajdującej się już po czeskiej stronie.

 

Jakie to piękne miejsce! W dodatku miejsce dla wszystkich - piechurów takich jak my, narciarzy, których było najwięcej, rodziców z dziećmi na sankach i z psami, a nawet dla wozów z końmi - nikt nikomu nie przeszkadzał, bo wszyscy przyjechali tu wypocząć i dobrze się bawić.

Podążałyśmy więc spokojnie stroną czeską i czerwonym szlakiem aż do Orlicy (Vrchmezi) (1084 m n.p.m.) - najwyższego szczytu Gór Orlickich, a później zielonym szlakiem - początkowo nieoznakowanym - zeszłyśmy do Zieleńca. Ta trasa liczyła 11,6 km z suma podejść 306 m.

Żeby dotrzeć do auta, musiałyśmy przejść całą miejscowość. Pod wieczór tablice w Zieleńcu pokazywały -11,4, ale wysoka wilgotność sprawiała, że temperatura odczuwalna była dużo niższa. Zmarzłyśmy. (W schronisku PTTK Orlica o kartach płatniczych nie słyszeli i bądź tu człowieku nowoczesny).

 Zdjęcia: @http://www.siegajac-nieba.pl/



Tagi
zBLOGowani.pl