RSS
piątek, 23 marca 2018

Z Wałbrzycha ruszyłyśmy czerwonym szlakiem na Borową (853 m.np.m.) w lekko roztapiającym się śniegu. Było wyjątkowo ciepło, choć na samym szczycie wiało. Wieża faktycznie piękna - lekka, ażurowa, stalowa konstrukcja mogąca przyprawić o zawrót głowy osoby z lękiem przestrzeni.

 

Grzbietem Rybnickim, stromym bardzo, zeszłyśmy do Doliny Rybnej. Szlak, co już nas doświadczonych nie dziwi, poprowadził przez prywatną łąkę otoczoną elektrycznym pastuchem. Bardziej od tabunu dzikich koni bałyśmy się właściciela z grabiami, ale jakoś nikt nas nie gonił.


O ile południowe stoki zostały wyraźnie opanowane przez wiosnę, o tyle na północnych stokach Gór Suchych okopała się zima i nie zamierza stamtąd ruszać.
Nadal czerwonym szlakiem wspięłyśmy się do ruin zamku na Rogowcu (870 m.np.m.). Trzeba przyznać, że piękny stamtąd widok na Kotlinę Kuźnicką i Wyżynę Unisławską. Warto było ponarażać życie na wąskiej, oblodzonej ścieżce.

Stamtąd powędrowałyśmy przez Przełęcz pod Jeleńcem i Turzynę w stronę Andrzejówki, ale nie od razu weszłyśmy do schroniska. Najpierw wspięłyśmy się na Waligórę (936 m.np.m.) tym szlakiem, który niby to 10 min... Ślizgawica przeokrutna a repertuar brzydkich wyrazów niewyczerpany... Wracałyśmy tym drugim żółtym szlakiem do schroniska.

Później, zielonym, przez Rybnicę Leśną i zbocze Zamkowej Góry z powrotem do Wałbrzycha. Schodziłyśmy już po zmroku przy świetle czołówki i w błocie.





wtorek, 06 marca 2018

O 6.30 zatrzymałyśmy się na Orlenie po niezbędny ładunek kawy. Nad polami po drugiej stronie drogi znienacka wyskoczyła wielka pomarańczowa piłka. Wiedziałyśmy, że to będzie udany dzień.


Podjechałyśmy pod schronisko "Jagodna" i stamtąd ruszyłyśmy niebieskim szlakiem w kierunku jednego z najwyższych szczytów Gór Bystrzyckich - Jagodnej (977 m.n.p.m.).

 

 

Szło się bardzo wygodnie, gdyż ten szlak pieszy był przygotowany również dla narciarzy biegowych, którzy nas z rzadka mijali. Później skręciłyśmy na żółty szlak, wracając spokojnie do schroniska. Żółty szlak dzieliłyśmy już tylko z tropami zwierząt.
Przeszłyśmy w sumie 14,7 km z suma podejść 369.

A ponieważ dzień się jeszcze nie skończył, podjechałyśmy sobie do Zieleńca, rozpoczynając podejście niebieskim szlakiem aż do Masarykowej Chaty znajdującej się już po czeskiej stronie.

 

Jakie to piękne miejsce! W dodatku miejsce dla wszystkich - piechurów takich jak my, narciarzy, których było najwięcej, rodziców z dziećmi na sankach i z psami, a nawet dla wozów z końmi - nikt nikomu nie przeszkadzał, bo wszyscy przyjechali tu wypocząć i dobrze się bawić.

Podążałyśmy więc spokojnie stroną czeską i czerwonym szlakiem aż do Orlicy (Vrchmezi) (1084 m n.p.m.) - najwyższego szczytu Gór Orlickich, a później zielonym szlakiem - początkowo nieoznakowanym - zeszłyśmy do Zieleńca. Ta trasa liczyła 11,6 km z suma podejść 306 m.

Żeby dotrzeć do auta, musiałyśmy przejść całą miejscowość. Pod wieczór tablice w Zieleńcu pokazywały -11,4, ale wysoka wilgotność sprawiała, że temperatura odczuwalna była dużo niższa. Zmarzłyśmy. (W schronisku PTTK Orlica o kartach płatniczych nie słyszeli i bądź tu człowieku nowoczesny).

 Zdjęcia: @http://www.siegajac-nieba.pl/



poniedziałek, 26 lutego 2018

Ślęża z twistem - tak trzeba nazwać wycieczkę w minioną sobotę.

Pojechałyśmy: Ola z pieskiem, Paulina, moja 10-letnia Dominia (co mnie samą zaskoczyło, bo dziecię nieskore do wysiłku fizycznego).

Było bardzo mroźno. Wchodziłyśmy żółtym, a następnie żółtoczerwonym szlakiem, wypatrując chciwie ukrytego skrętu na tajemniczy różowy szlak - udało się! Na szczycie mróz wygonił nas do schroniska.

Miałyśmy w planach schodzenie różowym, ale było tak zimno, że samoczynnie zaczęłyśmy zbiegać niebieskim po północnym stoku. Ola zatrzymała się na chwilę z psem i... pobiegła żółtym... Pierwsza dotarła do schroniska "Pod Wieżycą", ponieważ myśmy nie skręciły w odpowiednim momencie na czarny szlak, tylko zbiegłyśmy do... Sobótki Górki. Uuuu... Pan wiozący butle gazowe starym żukiem podwiózł nas aż do ruin starej sceny, z których do schroniska było już tylko 500 metrów. Wielka, pyszna pizza uśmierzyła wszelkie bóle.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Trzeba przyznać, że miałyśmy trochę cykora przed tą trasą: Bielice - Rudawiec - Jawornik Graniczny - Czernica - Bielice.
Głównie dlatego, że długa - 27 km, znaczne fragmenty nietknięte ludzką stopą i w niedzielę.

tekst: Ewa Chwałko, Zdjęcia: @http://www.siegajac-nieba.pl/

Auto porzuciłyśmy w Bielicach i przyjemnym zielonym szlakiem podążyłyśmy na Rudawiec (1105 m n.p.m.), zahaczając o Rezerwat Puszczy Śnieżnej Białki oraz - na granicy z Czechami - Jivinę (1076 m n.p.m.).

Widać było, że niektórzy przed nami na Rudawiec wchodzili i tą samą drogą wracali, podczas gdy zielony szlak w kierunku Jawornika Granicznego został ledwie co zaznaczony przez jednego, samotnego narciarza. Co krok wpadałyśmy po uda w głęboki śnieg i z trudem się z niego wydobywałyśmy. Eksploracja nieznanego lądu.

 

Trasę od Jawornika Granicznego (1026 m n.p.m.) uprzejmie wyznaczyli nam narciarze, więc nie gubiąc zielonego szlaku dotarłyśmy do Przełęczy Płoszczyna. Odpoczywałyśmy dokładnie w tym samym miejscu, gdzie zatrzymałam się tydzień temu podczas powrotu ze Śnieżnika.

Za tymi ławeczkami - Śnieżnik

Drogą Morawską (samochodową) szłyśmy kawałek, aby wpiąć się do niebieskiego szlaku - Drogi Marianny, która do połowy, dzielona z narciarzami wiodła szerokim i wydeptanym traktem, a od połowy - bo narciarze skręcali w prawo - niemal aż do Przełęczy Suchej należało ją wyciąć sobie samodzielnie. Było to całkiem konkretne, jednostajne podejście. Dałyśmy radę :)

Później znowu - od Wielkiego Rozdroża, aż do Rudego Zbocza tuż przy czerwonym szlaku na Czernicę - "nigdzie drogi ni kurhanu" (wiem, że góry i zima, ale miałam nieodparte skojarzenie ze "Stepami Akermańskimi"). Widać było, że turyści do czerwonego szlaku na Czernicę ukochali sobie podejście od północnej strony, a południowa pozostała całkiem osierocona.

Nasze ślady:

Szczyt Czernicy (1083 m n.p.m.) wynagrodził nam wszystkie trudy - zachodziło słońce i z wieży, dość niegościnnej dwa tygodnie temu, oglądałyśmy cudną grę świateł i taniec chmur na niebie. Dla tego momentu warto było przebyć wszystkie trudy.

Wracałyśmy do Bielic stromym, żółtym szlakiem, tym samym, którym wspinałyśmy się dwa tygodnie wcześniej.
Strach ma wielkie oczy - na mapie ta trasa w warunkach zimowych wyglądała groźnie, ale okazała się przyjazna, niespodziankę sprawiła nam piękna pogoda i doskonała widoczność.



czwartek, 15 lutego 2018

No to się poszło na ten Śnieżnik w minioną sobotę...
Zaproponowana trasa z Kamienicy na Śnieżnik częściowo polsko-czeską granicą przyciągnęła aż trzynastoosobową doborową grupkę.

Tekst: Ewa Chwałko,
Zdjęcia: Krzysztof Czarnecki, Tomax Fisk, Ania Mi

Zaplanowane było, żeby skręcić w Kamienicy na niebieski szlak w prawo, ale skręciło się w lewo, poszło odwrotnie i przypadkiem była to dobra decyzja.

W przyjaznych okolicznościach przyrody pokonaliśmy trasę do Schroniska "Pod Śnieżnikiem", a po jedzonku wspięliśmy się na Śnieżnik. Parafrazując Kanta: niebo błękitne nad nami a śnieżna biel pod stopami... Imperatyw kategoryczny kazał nam się porozbierać do rosołu.

Wracaliśmy szczęśliwą gromadką granicą polsko-czeską, mijając po drodze figury żywcem wyciągnięte z planu filmu "Obcy decydujący o starcie", tyle że w śniegu.
Czesi pięknie wydeptali swój żółto-czerwony trakt, nasz - zielony - był niemal nietknięty ludzką stopą (zjawisko pozostawiam do indywidualnych interpretacji).

Przez Sadzonki (1267 m n.p.m.), Przełęcz Stribrnicką, Głęboką Jamę (955 m n.p.m.) dotarliśmy do Przełęczy Płoszczyny (817 m n.p.m.) i stamtąd najpierw żółtym szlakiem Staromorawskim a następnie niebieskim wróciliśmy do Kamienicy już przy świetle czołówek.

To wymagająca trasa. Co do jej długości zdania uczonych są podzielone: Aplikacja Mapy Turystyczne wyliczyła ją na 21,7 km, a aplikacje w zegarkach i smartfonach kolegów szacowały odległość od 25 do 29 km.

Tagi
zBLOGowani.pl