RSS
poniedziałek, 05 lutego 2018

To było jednak COŚ: 22 km, 1000 metrów przewyższeń, nieprzetarte szlaki, turystów brak.

Samochodzik zaparkowałyśmy w Nowym Gierałtowie i ruszyłyśmy w kierunku granicy polsko-czeskiej, na Przełęcz Gierałtowską (685 m n.p.m.).

Dziewiczy szlak wiódł nas cały czas granicą państwa (Czesi wyznaczyli go na żółto, a Polacy na zielono - każdy grzecznie po swojej stronie). Śniegu po kolana i ani żywej duszy, za to pogoda była dla nas arcyłaskawa.

Przegadując wszelkie życiowe tematy, a często stając w zachwycie, minęłyśmy Siwą Kopę (790 m n.p.m.), Czartowiec (944 m n.p.m.) wspięłyśmy się na Szpiczak (957 m n.p.m.). Idąc dalej, minęłyśmy szczyt Brzydliczny (po czesku) - Pośrednia (po polsku) (924 m n.p.m.) i Łupkową (946 m.n.p.m.), docierając wreszcie do Kowadła - najwyższego szczytu Gór Złotych (989 m.n.p.m.).

Ludzi nawet na lekarstwo by nie wystarczyło. Dobrze, że miał nam kto fotę strzelić na Kowadle :) Widok zapierał dech w piersiach - patrzyłyśmy szybko i intensywnie, bo zaczęła zmieniać się pogoda. A my byłyśmy dopiero w połowie trasy.

Zbiegłyśmy do Bielic i na asfalcie skręciłyśmy na żółty szlak, który natychmiast zaczął piąć się pionowo w górę.

Oj, ciężko :) Najpierw wdrapałyśmy się na Szeroką Kopę (907 m n.p.m.) a później na Czernicę (1083 m n.p.m.) - to już szczyty Gór Bialskich. I wcale nie było łatwo, bo za Chiny Ludowe nie mogłyśmy znaleźć szlaku (strzałka na GPS wariowała) - za oznaczenia należy się komuś jedynka :)


Na szczycie Czernicy - wspaniała niespodzianka - przecudna wieża widokowa. Tym razem nie było nic widać, bo pogoda ewidentnie się psuła, a zmierzch deptał po piętach (mokrych, bo żadnej nie chciało się założyć stuptutów).

Czerwony szlak poprowadził ostro w dół, na samym końcu wzdłuż potoku Tylnik. Do Gierałtowa dotarłyśmy już przy świetle czołówek. Samochodzik na szczęście czekał.

Tekst mój, zdjęcia: http://www.siegajac-nieba.pl/

Tagi: Sudety
17:44, lala.lu
Link Dodaj komentarz »

Trafiła mi się do kolekcji "róża pustyni" - okaz konkretny: ważący 11,5 kg, o wymiarach mniej więcej 35/25/28 cm, o wyraziście wykształconych płatkach. Róże powstają tylko na niektórych pustyniach piaszczystych, zwłaszcza na północnej Saharze. W charakterystyczne płatki układają się kryształy gipsu, o kolorze decyduje zawartość hematytu, uroku dodają ziarenka kwarcu.

"Róże pustyni" są miękkie, zaledwie 2 w skali Mohsa (w niektórych opracowaniach podają nawet 1,5-2), i kruche - trzeba uważać, żeby nie rozbić.



Tagi: minerały
17:22, lala.lu
Link Dodaj komentarz »

Tadam, taaaadaaaam!!! Koniec!

Dotarłyśmy do Prudnika i ukończyłyśmy GSS - 444 km, 16 dni, 14-15 sudeckich pasm górskich (w tej kwestii zdania uczonych są podzielone: wliczać Pogórze Paczkowskie do pasm czy nie).

 

Ostatni odcinek był zasadniczo lajcikowy, tylko wiało okropnie, było zimno i straszyli deszczem. Wygrzebałyśmy się rano z ciepłej pościeli w Pokrzywnej, niechcący widziałyśmy pokoje 6-letnich sportowców (co się zobaczyło to się nie odzobaczy i całe szczęście, że nie dociekam jak żyją moje córki na koloniach).


Powędrowałyśmy polami i lasami, sarenki nam biegały, przez szczyty Długoty (457 m. np.m.), Kobylicy (395) z pomnikiem romantycznego poety, aż do klasztoru franciszkanów, w którym przetrzymywano przez rok prymasa Wyszyńskiego. Po czym zeszłyśmy do Prudnika. To było tylko 15 km.


Miły pan na stopa miał podwieźć nas do Głuchołazów , a podrzucił do auteczka. Tym sposobem jesteśmy już w domu.



Wróciłyśmy na Główny Szlak Sudecki, został nam bowiem ostatni odcineczek i zapragnęłyśmy zrobić go w zimowych warunkach.

 


Wstałyśmy o porze, w której "duchy z najcięższymi grzechy", pojechałyśmy do Jarnołtowa i ruszyłyśmy od 6.00 przez Sławniowice i Gierałcice do Głuchołazów. Piździło jak cholera.

Przyjemnie zrobiło się w drodze na Górę Parkową, którą tworzą Przednia Kopa (495 m n.p.m.), Średnia Kopa (543) i Tylna Kopa (535). Na szczycie schronisko z wieżą, ale w remoncie, dlatego żadna Roszpunka z okienka nie machała.

 


W przyjemnym słońcu dotarłyśmy do Jarnołtówka i ruszyłyśmy przez Grzebień (768) na Biskupią Kopę (890) - królową Gór Opawskich, ostatniego pasma Sudetów.


Zachodzące słońce cudnie oświetlało równiny, podczas gdy my wędrowałyśmy wśród zmrożonych drzew. Nieprzyjemnie zrobiło się w drodze na Srebrną Kopę - wrócił porwisty wiatr, szybko zapadał zmrok a góra wygląda jak po armagedonie, trzeba było się przedzierać przez zwalone konary i ślizgać po gałęziach. Dała w kość. Górę Zamkową (571) i Szendzielową Kopę (533) pokonałyśmy po ciemku.

 


Dotarłyśmy do Pokrzywna. Widmo bezdomności, jak na widmo, było bardzo realne - nie miałyśmy żadnej rezerwacji. Udało się znaleźć kącik wśród gromady dzieci, które przyjechały na zimowisko. Szaleją po korytarzach, ale po prawie 39 km nic nam nie przeszkadza.


Olga Stanisławska RONDO DE GAULL'A

Znak, Kraków 2016

To jest znakomity zbiór esejów o Afryce. Stanisławska odważnie włóczy się po Czarnym Lądzie, aż w końcu jeden z celników mówi do niej - "Madame lubi potworność". Ona zaś pokornie wie, że poznając i opisując Afrykę, podąża w kierunku osobistego jądra ciemności.

"- Za dwadzieścia lat nie będzie nomadów - opowiada Stanisławskiej Alhamdou, młody prawnik w Mali, jeden z niezliczonych nowych znajomych. - Klimat się zmienia. Zmieniają się ludzkie potrzeby. Szkoła nie może przecież wędrować za nami, ani szpital. Trzeba się będzie osiedlić" [s.75].

Reporterka widzi to apokaliptycznie: "Chodząc z miejsca na miejsce za deszczem - kto wie, gdzie spadnie w tym roku i kiedy - koczownicy z Sahelu potrafili wyżywić stada dużo większe niż najlepsi hodowcy na ranczach w Australii. Cóż z tego - nomadyzm odchodzi w przeszłość, historia opowiada się po stronie osiadłych. Czyż nie o tym mówi, po części, opowieść o Kainie i Ablu? W łonie rodzaju ludzkiego rolnik zabił pasterza" [s. 76].

Autorka odnotowuje swoje wrażenia, ale częściej zamieszcza fragmenty rozmów - pokazujących dobitnie afrykański świat wartości i hierarchię tego, co ważne. Ma doskonałe wyczucie:

"- Naucz mnie czegoś w swoim języku - prosił Inta Amadou.

- A czego?

- >>Chcę pić, daj mi wody<

Ta książka pokazuje - wyrywkowo oczywiście - że my w Europie ciągle niewiele wiemy nie tylko o tym, co się dzieje w Afryce (poza zdawkowymi informacjami o głodzie, Adis, zapleczem turystycznym i polowaniami na Słonie, a przez chwilę "Afrykańską wiosną"). Nie wiemy natomiast, jaki jest udział Europy i Ameryki w nieustannych wojnach między państwami afrykańskimi i że w żadnym wypadku nie są to plemienne zatargi:

"-Wiesz, Francja jest republiką - Thierry rozkłada ręce. - Republika to polifonia. Nie mówi jednym głosem. Mogli się znaleźć ludzie, którzy uważali, że trzeba wspomagać białych w RPA" [s. 265] - To o Angoli, która była jednym z najstraszliwszych poligonów zimnej wojny - oficjalnie Francja potępiała apartheid i nie utrzymywała stosunków z RPA, ale nieoficjalnie lewicowy rząd Angoli zagrażał francuskim interesom gospodarczym.

"Od dziesiątków lat Francja zbroi dyktatorów i generałów, którzy zwracają swoje karabiny przeciw demokracji... - mówi z goryczą francuski deputowany Noel Mamere. Afryka musi pozostać sejfem dla naszych przedsiębiorstw, źródłem finansowania naszych rozgrywek politycznych, śmietnikiem dla naszych odpadków, terenem polowań i rozrywki dla naszych przywódców, poligonem dla naszej armii, zapleczem dla naszych mafiosów" [s.280].

Po co nam ta gorzka książka o Afryce? Ano po to, żebyśmy mogli rozważyć opór przeciwko złu, i po to, żebyśmy się  czasem zastanowili, czyim poligonem my jesteśmy, czyja polityka i interes kryją się za szumnymi hasłami podżegającymi w posty sposób do zmian, których może byśmy nie chcieli przy odrobinie zdrowego rozsądku.

Tagi
zBLOGowani.pl