RSS
poniedziałek, 05 lutego 2018

Tadam, taaaadaaaam!!! Koniec!

Dotarłyśmy do Prudnika i ukończyłyśmy GSS - 444 km, 16 dni, 14-15 sudeckich pasm górskich (w tej kwestii zdania uczonych są podzielone: wliczać Pogórze Paczkowskie do pasm czy nie).

 

Ostatni odcinek był zasadniczo lajcikowy, tylko wiało okropnie, było zimno i straszyli deszczem. Wygrzebałyśmy się rano z ciepłej pościeli w Pokrzywnej, niechcący widziałyśmy pokoje 6-letnich sportowców (co się zobaczyło to się nie odzobaczy i całe szczęście, że nie dociekam jak żyją moje córki na koloniach).


Powędrowałyśmy polami i lasami, sarenki nam biegały, przez szczyty Długoty (457 m. np.m.), Kobylicy (395) z pomnikiem romantycznego poety, aż do klasztoru franciszkanów, w którym przetrzymywano przez rok prymasa Wyszyńskiego. Po czym zeszłyśmy do Prudnika. To było tylko 15 km.


Miły pan na stopa miał podwieźć nas do Głuchołazów , a podrzucił do auteczka. Tym sposobem jesteśmy już w domu.



Wróciłyśmy na Główny Szlak Sudecki, został nam bowiem ostatni odcineczek i zapragnęłyśmy zrobić go w zimowych warunkach.

 


Wstałyśmy o porze, w której "duchy z najcięższymi grzechy", pojechałyśmy do Jarnołtowa i ruszyłyśmy od 6.00 przez Sławniowice i Gierałcice do Głuchołazów. Piździło jak cholera.

Przyjemnie zrobiło się w drodze na Górę Parkową, którą tworzą Przednia Kopa (495 m n.p.m.), Średnia Kopa (543) i Tylna Kopa (535). Na szczycie schronisko z wieżą, ale w remoncie, dlatego żadna Roszpunka z okienka nie machała.

 


W przyjemnym słońcu dotarłyśmy do Jarnołtówka i ruszyłyśmy przez Grzebień (768) na Biskupią Kopę (890) - królową Gór Opawskich, ostatniego pasma Sudetów.


Zachodzące słońce cudnie oświetlało równiny, podczas gdy my wędrowałyśmy wśród zmrożonych drzew. Nieprzyjemnie zrobiło się w drodze na Srebrną Kopę - wrócił porwisty wiatr, szybko zapadał zmrok a góra wygląda jak po armagedonie, trzeba było się przedzierać przez zwalone konary i ślizgać po gałęziach. Dała w kość. Górę Zamkową (571) i Szendzielową Kopę (533) pokonałyśmy po ciemku.

 


Dotarłyśmy do Pokrzywna. Widmo bezdomności, jak na widmo, było bardzo realne - nie miałyśmy żadnej rezerwacji. Udało się znaleźć kącik wśród gromady dzieci, które przyjechały na zimowisko. Szaleją po korytarzach, ale po prawie 39 km nic nam nie przeszkadza.


Olga Stanisławska RONDO DE GAULL'A

Znak, Kraków 2016

To jest znakomity zbiór esejów o Afryce. Stanisławska odważnie włóczy się po Czarnym Lądzie, aż w końcu jeden z celników mówi do niej - "Madame lubi potworność". Ona zaś pokornie wie, że poznając i opisując Afrykę, podąża w kierunku osobistego jądra ciemności.

"- Za dwadzieścia lat nie będzie nomadów - opowiada Stanisławskiej Alhamdou, młody prawnik w Mali, jeden z niezliczonych nowych znajomych. - Klimat się zmienia. Zmieniają się ludzkie potrzeby. Szkoła nie może przecież wędrować za nami, ani szpital. Trzeba się będzie osiedlić" [s.75].

Reporterka widzi to apokaliptycznie: "Chodząc z miejsca na miejsce za deszczem - kto wie, gdzie spadnie w tym roku i kiedy - koczownicy z Sahelu potrafili wyżywić stada dużo większe niż najlepsi hodowcy na ranczach w Australii. Cóż z tego - nomadyzm odchodzi w przeszłość, historia opowiada się po stronie osiadłych. Czyż nie o tym mówi, po części, opowieść o Kainie i Ablu? W łonie rodzaju ludzkiego rolnik zabił pasterza" [s. 76].

Autorka odnotowuje swoje wrażenia, ale częściej zamieszcza fragmenty rozmów - pokazujących dobitnie afrykański świat wartości i hierarchię tego, co ważne. Ma doskonałe wyczucie:

"- Naucz mnie czegoś w swoim języku - prosił Inta Amadou.

- A czego?

- >>Chcę pić, daj mi wody<

Ta książka pokazuje - wyrywkowo oczywiście - że my w Europie ciągle niewiele wiemy nie tylko o tym, co się dzieje w Afryce (poza zdawkowymi informacjami o głodzie, Adis, zapleczem turystycznym i polowaniami na Słonie, a przez chwilę "Afrykańską wiosną"). Nie wiemy natomiast, jaki jest udział Europy i Ameryki w nieustannych wojnach między państwami afrykańskimi i że w żadnym wypadku nie są to plemienne zatargi:

"-Wiesz, Francja jest republiką - Thierry rozkłada ręce. - Republika to polifonia. Nie mówi jednym głosem. Mogli się znaleźć ludzie, którzy uważali, że trzeba wspomagać białych w RPA" [s. 265] - To o Angoli, która była jednym z najstraszliwszych poligonów zimnej wojny - oficjalnie Francja potępiała apartheid i nie utrzymywała stosunków z RPA, ale nieoficjalnie lewicowy rząd Angoli zagrażał francuskim interesom gospodarczym.

"Od dziesiątków lat Francja zbroi dyktatorów i generałów, którzy zwracają swoje karabiny przeciw demokracji... - mówi z goryczą francuski deputowany Noel Mamere. Afryka musi pozostać sejfem dla naszych przedsiębiorstw, źródłem finansowania naszych rozgrywek politycznych, śmietnikiem dla naszych odpadków, terenem polowań i rozrywki dla naszych przywódców, poligonem dla naszej armii, zapleczem dla naszych mafiosów" [s.280].

Po co nam ta gorzka książka o Afryce? Ano po to, żebyśmy mogli rozważyć opór przeciwko złu, i po to, żebyśmy się  czasem zastanowili, czyim poligonem my jesteśmy, czyja polityka i interes kryją się za szumnymi hasłami podżegającymi w posty sposób do zmian, których może byśmy nie chcieli przy odrobinie zdrowego rozsądku.

wtorek, 09 stycznia 2018

Michał Olszewski #upał

Wydawnictwo Znak, Kraków 2017

Nie jest czytadło dla zmęczonych i szukających łatwego wytchnienia. To kawałek trudnej literatury i z uwagi na język, i dlatego, że mamy tu do czynienia z klasycznym suspensem ciągnącym się przez całą książkę.

Akcja praktycznie się nie toczy - mijają panu dziennikarzowi godziny pracy w redakcji, a w głowie sztorm myśli i totalny chaos z natłoku informacji. Bohater ciągle coś sprawdza w necie, nasłuchuje, pisze tweety, posty, komentarze, lajki, hejty, etc. Nawet odbiera tradycyjne telefony. Dławi go jakiś nieokreślony niepokój.

Znam ten stan, ledwo się z niego wydobyłam. To stan każdego korposzczura: ferwor walki, totalne nakręcenie, bycie cały czas do dyspozycji i in touch. Człowiek ma wrażenie, że wszystko kontroluje i nad wszystkim trzyma pieczę, a tak naprawdę ucieka od rzeczywistości i od myślenia. Wpada w pętlę. Wreszcie okazuje się, że zaniedbał coś bardzo ważnego, czegoś istotnego nie zauważył i doprowadził do jakiejś katastrofy.

W tej książce jest katastrofa. Bo bohater wreszcie sobie przypomina coś, co odzywało się wewnętrznym niepokojem cały dzień i jest to straszna tragedia. Z kategorii tych, że gdybym wiedziała, nie wzięłabym książki do ręki.

Polecam wszystkim nowoczesnym, zapracowanym, korporacyjnym.



Weekend, 6-7 stycznia, to był dobry termin na poszlajanie się po górkach. Zapisałam się grzecznie na wyprawę organizowaną pod nazwą "Królewska wyrypa" (od Melchiora, Kacpra i Baltazara), wraz z dziesiątką innych śmiałków.

 

(fot. Krzysztof Ojczyk)

Trasa była zacna: od stacji Wałbrzych Główny do "Andrzejówki"
zielonym szlakiem przez Rybnicę Leśną (8 km). Następnie żółtym szlakiem przez
Głuszycę - podziwiając styczniowy jesienny las bukowy - a dalej wskoczyliśmy na
czerwony i do Rzeczki. Tam oglądaliśmy cudny - jak
zwykle - zachód słońca.

(Fot. Tomek)

(Fot. Tomek)

(Fot.Tomek)

(Fot. Tomek)

Na popas w Schronisku "Orzeł" na stoku Wielkiej Sowy dotarliśmy już po zmierzchu. Rozpusta była nielicha, obsługa nie nadążała z podawaniem pierogów, zup, czekolad i piwa - normalnie stado wygłodniałych wilków przyszło.

(Fot. Krzysztof Ojczyk)

Ruszyliśmy do góry. Słyszałam, że błoto dobrze robi na cerę i mam nadzieję, że moje buty też to słyszały, bo grzęźliśmy konkretnie. A właściwie raz grzęźliśmy w błocie a raz ślizgaliśmy się po lodzie (jakimś cudem kości wyszły z tego obronną ręką).

Przy schronisku Sowa skręciliśmy na żółty szlak i nie zatrzymywaliśmy się aż do schroniska Zygmuntówka.

Pozostawiliśmy za sobą 34,2 km i , więc wypadało trochę odpocząć. Każdy sobie znalazł miejscóweczkę w jadalni, rozwinął karimatkę i przysnął na te dwie-trzy godzinki.

O 24.30 ruszyliśmy w dalszą trasę. Zielonym szlakiem do Jugowa, następnie czarnym i dalej żółtym do Saren przez Nową Rudę, po czym Ścinawki aż do finału, czyli do Wambierzyc, gdzie zameldowaliśmy się jakoś po 9.00. Ten odcinek - 32,3 km - wiódł głównie drogami asfaltowymi (nie polecam), poza jedną niespodzianką w Nowej Rudzie - niewinnie wyglądającą górką, ok. 530 m n.p.m. (na mapie widzę, ale bez nazwy), stromą jak jasna cholera z masą zwalonych drzew - przedzieraliśmy się. Klęłam jak szewc, który kleił mi buty przed wyjazdem, ale w duszy grało.

(Fot. Tomek)

Mgła nad ranem zasłoniła widok na Góry Stołowe, ale nie ma co narzekać, bo do Wambierzyc doszliśmy nieprzyzwoicie susi i czyści.

(Fot. Krzysztof Ojczyk)

(Fot. Krzysztof Ojczyk)

Pokonaliśmy w sumie - nie licząc osobistych barier - 66,5 km, oraz pasma gór
Wałbrzyskich, Suchych i Sowich.

(Fot. Tomek)

(Fot. Tomek)

(Fot. Krzysztof Ojczyk)

Tagi
zBLOGowani.pl